I always felt the world too deeply—or so they said. As if it were a flaw, something that needed to be fixed or at least muted. And I couldn't do otherwise.
I remember crying as a child over the fate of book characters as if they were my friends. As if their pain truly pierced me, leaving a mark somewhere beneath my ribs. I still feel that way. Emotion comes suddenly—with a song, with a stranger's gaze, with a memory that returns unannounced. Tears aren't weakness to me. They're proof that I'm truly alive.
When something absorbs me, I do it completely. I don't know halfway. I can't be "a little." My "yes" is my whole heart, my whole body, every thought that circles within me like a restless bird. When I commit to something, it's as if my very breath depended on it. As if the world outside ceased to exist.
People are sometimes afraid of that. They say I'm too intense. Too much. Too loud in my emotions, even when I'm silent. They see it in my eyes—that I'm not pretending not to calculate. That if I am, then I truly am.
There were moments when I tried to change. To learn coolness, detachment, that safe indifference so easily worn like a cloak. But it always ended the same—I felt like a shadow of myself. Like someone who'd forgotten how to breathe deeply.
Because I feel everything. With every cell. With every nerve. With every fragment of my soul, which sometimes aches from overload.
When I ignite, I burn. Without safeguards, without an escape plan. I give everything I have, even if I know I might get burned. Maybe that's why my life isn't peaceful. Maybe that's why it sometimes hurts more than it should.
But there's something else, too.
There's that moment when my heart beats faster, when the world takes on color, when I feel I'm exactly where I'm supposed to be. That all of this—those emotions, those tears, that intensity—makes sense.
Because I don't want to live halfway. If I love, it's a thousand percent.
If I dream, it's without limits.
If I am, it's all of me.
And perhaps that's where my strength lies.
Zawsze odbierałam świat zbyt głęboko — tak mówili. Jakby to była wada, coś, co należało we mnie naprawić albo chociaż przyciszyć. A ja nie potrafiłam inaczej.
Pamiętam, jak jako dziecko płakałam nad losem bohaterów książek, jakby byli moimi przyjaciółmi. Jakby ich ból naprawdę przechodził przeze mnie, zostawiając ślad gdzieś pod żebrami. Do dziś tak mam. Wzruszenie przychodzi nagle — przy piosence, przy spojrzeniu obcej osoby, przy wspomnieniu, które wraca bez zapowiedzi. Łzy nie są dla mnie słabością. Są dowodem, że żyję naprawdę.
Kiedy coś mnie pochłania, robię to bez reszty. Nie znam półśrodków. Nie umiem być „trochę”. Moje „tak” jest całym sercem, całym ciałem, każdą myślą, która krąży we mnie jak niespokojny ptak. Kiedy oddaję się jakiejś sprawie, to tak, jakby od tego zależał mój oddech. Jakby świat poza tym przestawał istnieć.
Ludzie czasem się tego boją. Mówią, że jestem za intensywna. Za bardzo. Za głośna w emocjach, nawet jeśli milczę. Widzą to w moich oczach — że nie udaję, że nie kalkuluję. Że jeśli jestem, to naprawdę jestem.
Były momenty, kiedy próbowałam się zmienić. Uczyć się chłodu, dystansu, tej bezpiecznej obojętności, którą tak łatwo się nosi jak płaszcz. Ale zawsze kończyło się tak samo — czułam się jak cień samej siebie. Jak ktoś, kto zapomniał, jak oddychać pełną piersią.
Bo ja czuję wszystko. Każdą komórką. Każdym nerwem. Każdym fragmentem duszy, który czasem aż boli od nadmiaru.
Kiedy się zapalam — płonę. Bez zabezpieczeń, bez planu ucieczki. Daję z siebie wszystko, co mam, nawet jeśli wiem, że mogę się sparzyć. Może właśnie dlatego moje życie nie jest spokojne. Może właśnie dlatego czasem boli bardziej niż powinno.
Ale jest też coś innego.
Jest ta chwila, kiedy serce bije szybciej, kiedy świat nabiera kolorów, kiedy czuję, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam. Że to wszystko — te wzruszenia, te łzy, ta intensywność — mają sens.
Bo ja nie chcę żyć połowicznie.
Jeśli kocham, to na tysiąc procent.
Jeśli marzę, to bez ograniczeń.
Jeśli jestem — to cała.
I może właśnie w tym tkwi moja siła.
Agnieszka
Add comment
Comments