I wake up, and for a split second

Published on 9 March 2026 at 18:45

I wake up, and for a split second, everything is still neutral. Neither light nor dark. Neither good nor bad. That moment of suspension between sleep and day. And then it comes—fear. Not violent, not screaming. Silent. New. Not yet touched, as if just learning my name.

He lies beside me in bed before I can fully open my eyes. He sits on my chest and breathes with me, only heavier. I feel the awakening heaviness of a new day, even though nothing has happened yet. No text has arrived. No phone call has rung. The world is silent. And yet something trembles within me.

I ask myself: what was left unfinished with yesterday's hour?

What minute slipped by without me?

What sentence hung in the air, unable to find a place to fall?

I rewind last night like a movie in my mind. Words. Looks. A brief conversation. Did I say something wrong? Did I leave something unsaid? Or maybe this silence is the burden now? Maybe something inside me demands to sit with myself in silence, without distraction, without pretending that "everything is fine."

I ask myself why someone's words make me uneasy. After all, they were ordinary. Neutral. Without a sharp edge. And yet they caught something soft beneath my skin. A place that isn't yet fully healed. No one did anything wrong. Nothing is happening. And yet I feel as if I'm standing on the thin ice of my own thoughts.

Why do I feel heavy, even though I long for lightness?

Why do tears well up in my eyes, even though I want to smile?

I lie there and let them flow. They don't fall. They stop at the edge. Maybe it's not sadness. Maybe it's tension seeking release. Maybe it's a part of me trying to say something before I drown it out with coffee, the news, my schedule.

I breathe deeply. Again. And again.

Maybe this fear didn't come to scare me. Maybe he came to stop me. To ask, "Are you really with yourself?" Maybe yesterday's hour doesn't need repair, just recognition. Maybe someone's words weren't a threat, just a mirror.

I sit up in bed. My feet touch the cool floor. It's real. It's now. The sun—though still pale—squeezes through the curtains. The world hasn't collapsed. I haven't collapsed.

The heaviness doesn't disappear immediately. But it stops being an enemy. It becomes a signal.

Maybe today I need a slower morning. Fewer expectations. More silence. Maybe I need to truly sit with myself—not to repair myself, but to listen.

The fear is still there. But when I look at it more closely, I see that beneath it lies something else. Fragility. And beneath the fragility—vulnerability. And beneath the vulnerability—a heart that desperately wants to live lightly, though sometimes it wakes up heavy.

And maybe that's okay too.

 

Budzę się i przez ułamek sekundy jest jeszcze neutralnie. Ani jasno, ani ciemno. Ani dobrze, ani źle. Ten moment zawieszenia między snem a dniem. A potem przychodzi on — lęk. Nie gwałtowny, nie krzyczący. Cichy. Nowy. Jeszcze niedotknięty, jakby dopiero uczył się mojego imienia.

Leży obok mnie w łóżku, zanim zdążę otworzyć oczy na dobre. Siada na klatce piersiowej i oddycha razem ze mną, tylko ciężej. Czuję budzącą się ciężkość nowego dnia, choć nic jeszcze się nie wydarzyło. Żadna wiadomość nie przyszła. Żaden telefon nie zadzwonił. Świat milczy. A jednak we mnie coś drży.

Pytam siebie: co zostało niedomknięte z wczorajszą godziną?

Która minuta prześlizgnęła się beze mnie?

Które zdanie zawisło w powietrzu i nie znalazło miejsca, by opaść?

Przewijam w myślach wczorajszy wieczór jak film. Słowa. Spojrzenia. Krótką rozmowę. Czy coś powiedziałam nie tak? Czy coś przemilczałam? A może właśnie to przemilczenie jest teraz tym ciężarem? Może coś we mnie domaga się posiedzenia ze sobą w ciszy, bez rozpraszania, bez udawania, że „wszystko jest w porządku”.

Pytam siebie, dlaczego czyjeś słowa budzą niepokój. Przecież były zwyczajne. Neutralne. Bez ostrza. A jednak zahaczyły o coś miękkiego pod skórą. O miejsce, które nie jest jeszcze w pełni zagojone. Nikt nic złego nie zrobił. Nic się nie dzieje. A jednak czuję, jakbym stała na cienkim lodzie własnych myśli.

Dlaczego dotyka mnie ciężkość, choć pragnę lekkości?

Dlaczego cisną się łzy do oczu, choć chcę uśmiechu?

Leżę i pozwalam im napłynąć. Nie spadają. Zatrzymują się na granicy. Może to nie smutek. Może to napięcie, które szuka ujścia. Może to część mnie, która próbuje coś powiedzieć, zanim zagłuszę ją kawą, wiadomościami, planem dnia.

Oddycham głębiej. Jeszcze raz. I jeszcze.

Może ten lęk nie przyszedł, by mnie przestraszyć. Może przyszedł, by mnie zatrzymać. By zapytać: „Czy jesteś ze sobą naprawdę?” Może wczorajsza godzina nie potrzebuje naprawy, tylko uznania. Może czyjeś słowa nie były groźbą, tylko lustrem.

Siadam na łóżku. Stopy dotykają chłodnej podłogi. To realne. To teraz. Słońce — choć jeszcze blade — przeciska się przez zasłony. Świat się nie zawalił. Ja się nie zawaliłam.

Ciężkość nie znika od razu. Ale przestaje być wrogiem. Staje się sygnałem.

Może dziś potrzebuję wolniejszego poranka. Mniej oczekiwań. Więcej ciszy. Może potrzebuję usiąść ze sobą naprawdę — nie po to, by się naprawiać, ale by się wysłuchać.

Lęk wciąż jest. Ale kiedy patrzę na niego uważniej, widzę, że pod nim jest coś jeszcze. Kruchość. A pod kruchością — wrażliwość. A pod wrażliwością — serce, które bardzo chce żyć lekko, choć czasem budzi się ciężkie.

I może to też jest w porządku.

Agnieszka

 

Add comment

Comments

There are no comments yet.