I feel it first in the air. Not in the calendar, not in the weather forecast – but in that single, barely perceptible breath that fills my lungs when I open the window in the morning. The air is no longer heavy and gray. It has a softness to it, as if someone had dispersed a bit of light into it. Then I know. Spring is just around the corner, smiling at me knowingly.
The days are lengthening inconspicuously. Just a week ago, I was returning from work in semi-darkness, and now the sun still grazes the rooftops, as if reluctant to leave the scene so quickly. I find myself walking slower. Not because I have to – but because I can. Because I want to savor these few extra minutes of brightness. It's just a moment more, and yet I feel like someone's given me a small gift.
The sun is emerging from behind the clouds more and more often. Tentatively, as if testing the waters. And I'm testing along with it. I unbutton my coat. I hold my face to the light. I close my eyes. And suddenly I get my first ounce of extra energy. So tiny, but so clear. To choose silence over complaining. To choose breathing over rushing.
In the park, I see the first buds on the branches. Still shy, still fragile. And yet stubborn. Trees that stood bare and silent all winter now begin to whisper. The grass ceases to be a tired blur and becomes a promise. I hear the birds – louder, more confident. As if saying, "It's time."
And then something inside me says, "It's time."
I get a tiny bit of a bigger smile. Not a forced, polite one. Just a genuine one, the kind that appears for no reason. I smile at a stranger in a store. At a dog pulling its owner toward the lawn. At myself in the reflection of the window. I notice that my shoulders are no longer tense. That my breath reaches deeper.
And then a sack of peace comes to my heart. Not all at once. It slowly crumbles, like grains of sand slipping through my fingers. I no longer feel that wintery harshness in my thoughts. Not everything has to be resolved today. Not everything has to be perfect. Nature takes its time blooming—and yet it always does.
The world awakens. And I awaken.
With the first green leaves, I detach myself from heavy thoughts. With the longer days, I extend my patience. With the sun, I emerge from behind my own clouds.
Spring doesn't scream. It whispers. And I listen.
And I feel that in this shared awakening there is something incredibly simple and incredibly grand at the same time—that if the earth can begin anew after winter, then so can I.
Czuję ją najpierw w powietrzu. Nie w kalendarzu, nie w prognozie pogody – tylko w tym jednym, ledwie uchwytnym oddechu, który wpada do płuc, kiedy otwieram rano okno. Powietrze nie jest już ciężkie i szare. Ma w sobie miękkość, jakby ktoś rozpuścił w nim odrobinę światła. Wtedy wiem. Wiosna stoi tuż za rogiem i uśmiecha się do mnie porozumiewawczo.
Dzień wydłuża się niepozornie. Jeszcze tydzień temu wracałam z pracy w półmroku, a teraz słońce wciąż zahacza o dachy domów, jakby nie chciało tak szybko schodzić ze sceny. Łapię się na tym, że idę wolniej. Nie dlatego, że muszę – tylko dlatego, że mogę. Że chcę nacieszyć się tymi kilkoma dodatkowymi minutami jasności. To tylko chwila więcej, a jednak czuję, jakby ktoś podarował mi mały prezent.
Słońce coraz częściej wychodzi zza chmur. Nieśmiało, jakby testowało grunt. A ja testuję razem z nim. Rozpinam płaszcz. Wystawiam twarz do światła. Przymykam oczy. I nagle dostaję swoją pierwszą uncję dodatkowej energii. Taką maleńką, ale wyraźną. By zamiast narzekania wybrać ciszę. By zamiast pośpiechu wybrać oddech.
W parku widzę pierwsze pąki na gałęziach. Jeszcze nieśmiałe, jeszcze kruche. A jednak uparte. Drzewa, które przez całą zimę stały nagie i milczące, teraz zaczynają szeptać. Trawa przestaje być zmęczoną plamą, a staje się obietnicą. Słyszę ptaki – głośniejsze, pewniejsze siebie. Jakby mówiły: „Już czas”.
I wtedy coś we mnie też mówi: „Już czas”.
Dostaję szczyptę większego uśmiechu. Nie takiego wymuszonego, grzecznościowego. Tylko tego prawdziwego, który pojawia się bez powodu. Uśmiecham się do nieznajomej w sklepie. Do psa ciągnącego swojego właściciela w stronę trawnika. Do samej siebie w odbiciu witryny. Zauważam, że ramiona przestają być napięte. Że oddech sięga głębiej.
A potem przychodzi worek spokoju w sercu. Nie cały naraz. Rozsypuje się powoli, jak ziarna piasku przesypujące się między palcami. Już nie czuję tej zimowej szorstkości w myślach. Nie wszystko musi być rozwiązane dziś. Nie wszystko musi być idealne. Przyroda nie spieszy się z rozkwitem – a jednak zawsze zdąża.
Budzi się świat. I budzę się ja.
Razem z pierwszymi zielonymi listkami odczepiam od siebie ciężkie myśli. Razem z dłuższym dniem wydłużam swoją cierpliwość. Razem ze słońcem wychodzę zza własnych chmur.
Wiosna nie krzyczy. Ona szepcze. A ja słucham.
I czuję, jak w tym wspólnym przebudzeniu jest coś niezwykle prostego i niezwykle wielkiego jednocześnie – że skoro ziemia potrafi po zimie znów zacząć od nowa, to ja też mogę.
Agnieszka
Add comment
Comments