Lately, I've been having a lot of conversations with myself. Real conversations, without escaping into responsibilities, without drowning out the silence with music or another episode of a TV show. I sit across from myself – sometimes at the kitchen table, sometimes on a park bench – and ask, "So, how are you? Really?"
When you reach a certain age, something shifts within you. I'm no longer rushing. I don't want to prove to the world that I can do more, faster, louder. I'm starting to crave something completely different – a more peaceful life. More joyful. Closer to those I love. More attentive. With greater gratitude.
I used to think happiness was about big things. Travel, success, applause. Now, happiness tastes like morning coffee drunk leisurely. It has the scent of my daughter's hair when she hugs me for no reason, and the warmth of a loved one's arms, where I can momentarily lose my composure. It has the sound of laughter at the shared table, when our eyes meet across the plates and I know we are truly together. These are the little things that once slipped through my fingers, but today I hold them like the most precious stones.
I talk to myself about what I no longer have to do. I don't have to be perfect. I don't have to please everyone. I don't have to shoulder other people's burdens to deserve love. I'm learning to say "no" without guilt and "yes" without fear.
I also notice that the more silence in my life, the more clearly I hear my heart. It doesn't scream. It whispers. It says: slow down. Hug. Give thanks. Forgive. Sometimes to myself, sometimes to others.
Gratitude has become my daily prayer, though not always spoken aloud. I'm grateful that I can still change. That I'm still learning. That I have someone to love and someone to allow to love me. I'm grateful for ordinary days that once seemed too ordinary to celebrate.
Increasingly, I choose presence over perfection. A walk over another task. A conversation over proving a point. I look people in the eye. I listen until the end. I touch the world as if it were fragile - because it is.
In these conversations with myself, I discover that maturity isn't about knowing everything. It's about knowing what's truly important. And what matters are the moments in which I am whole - not torn between yesterday and tomorrow.
I want to live closer. Closer to myself, closer to my loved ones, closer to the truth of who I am. Without rushing. With gentleness. With a joy that doesn't shout, but shines with a warm, constant light.
And when I sit down across from myself again, I smile. Because I can increasingly answer: "Good. Really good."
Ostatnio odbywam ze sobą mnóstwo rozmów. Takich prawdziwych, bez uciekania w obowiązki, bez zagłuszania ciszy muzyką czy kolejnym odcinkiem serialu. Siadam naprzeciwko siebie – czasem przy kuchennym stole, czasem na ławce w parku – i pytam: „No i jak się masz? Tak naprawdę?”
Kiedy osiągasz pewien wiek, coś się w człowieku przestawia. Już nie pędzę. Nie chcę udowadniać światu, że potrafię więcej, szybciej, głośniej. Zaczynam pragnąć czegoś zupełnie innego – żyć spokojniej. Radośniej. Bliżej tych, których kocham. Uważniej. W większej wdzięczności.
Kiedyś wydawało mi się, że szczęście to wielkie rzeczy. Podróże, sukcesy, brawa. Teraz szczęście ma dla mnie smak porannej kawy wypitej bez pośpiechu. Ma zapach włosów mojej córki, kiedy przytula się bez powodu, i ciepło ramion bliskiego mężczyzny, w których mogę na chwilę przestać być silna. Ma dźwięk śmiechu przy wspólnym stole, kiedy nasze spojrzenia spotykają się ponad talerzami i wiem, że jesteśmy razem naprawdę. To drobiazgi, które kiedyś przeciekały mi przez palce, a dziś trzymam je jak najcenniejsze kamienie.
Rozmawiam ze sobą o tym, czego już nie muszę. Nie muszę być idealna. Nie muszę wszystkim się podobać. Nie muszę brać na siebie cudzych ciężarów, żeby zasłużyć na miłość. Uczę się mówić „nie” bez poczucia winy i „tak” bez lęku.
Zauważam też, że im więcej w moim życiu ciszy, tym wyraźniej słyszę swoje serce. Ono nie krzyczy. Ono szepcze. Mówi: zwolnij. Przytul. Podziękuj. Wybacz. Czasem sobie, czasem innym.
Wdzięczność stała się moją codzienną modlitwą, choć nie zawsze wypowiedzianą na głos. Dziękuję za to, że jeszcze mogę się zmieniać. Że wciąż się uczę. Że mam kogo kochać i komu pozwalam kochać siebie. Dziękuję za zwykłe dni, które kiedyś wydawały się zbyt zwykłe, by je celebrować.
Coraz częściej wybieram obecność zamiast perfekcji. Spacer zamiast kolejnego zadania. Rozmowę zamiast udowadniania racji. Patrzę ludziom w oczy. Słucham do końca. Dotykam świata tak, jakby był kruchy – bo przecież jest.
W tych rozmowach ze sobą odkrywam, że dojrzałość nie polega na tym, że wiem już wszystko. Polega na tym, że wiem, co jest naprawdę ważne. A ważne są chwile, w których jestem cała – nie rozdarta między wczoraj a jutrem.
Chcę żyć bliżej. Bliżej siebie, bliżej moich ukochanych, bliżej prawdy o tym, kim jestem. Bez pośpiechu. Z łagodnością. Z radością, która nie krzyczy, tylko świeci ciepłym, stałym światłem.
I kiedy znów siadam naprzeciwko siebie, uśmiecham się. Bo coraz częściej potrafię odpowiedzieć: „Dobrze. Naprawdę dobrze.”
Agnieszka
Add comment
Comments