I try to remember my family apartment fondly. That doesn't mean I forget. It means I choose which images to hold closest to my heart.
It was an apartment in a prefab apartment building, in a steelworks town built during the communist era. A gray stairwell, a cool banister, a heavy door with an intercom. Between the blocks stood metal garbage cans, smelling too strong in the summer. From the window, I could see other blocks and the steelworks' chimneys, which turned the sky rusty at night.
We were polite. Quiet. The kind who didn't disturb.
My father didn't like children. I think today that maybe he didn't know how to be with them. He had no patience for noise, for questions, for a child's need for closeness. In our apartment, you walked carefully. You lowered your voice instinctively. You muffled your laughter with your hand.
I don't remember him teaching me how to ride a bike. I learned on my own, in front of the building, watching other children. I fell, got up, tried again. My knees burned, but something else hurt more - that quiet feeling that certain things couldn't be expected.
Mom tried to soothe the tension. Her steps in the kitchen were quick, as if to forestall a storm. Sometimes one glance was enough to know it was time to disappear to her room. The thin walls offered no protection from raised voices, and the silence that followed was even heavier.
And yet, in all of this, there were moments of light.
Mom would comb my hair in the narrow hallway outside the school academy. Gently, carefully, as if touching something fragile. On Sundays, she would put broth on the table, steam would settle on the windows, and for a moment, it seemed like we were an ordinary family. I remember the smell of fresh bread she brought from the local store. I remember how she would straighten my duvet when she thought I was asleep.
The love in our apartment wasn't complete or unconditional. It was uneven. Sometimes only on one side. Sometimes more care than tenderness. But it was there - in small gestures, in striving, in silent presence.
Today, when I think of that place, I don't pretend it was easy. I know there was a lot of tension, fear, and unspoken words. I also know that as a child, I learned to be small, to take up as little space as possible.
And yet, I don't want to remember only the cold.
Because even in the concrete block, in the shadow of the steelworks' chimneys, between the wall unit and the sofa, there were moments of warmth. Brief. Quiet. Real.
And they are the ones that stay with me the most.
Not to deny what hurt.
But to remember that despite everything, I was capable of love. And that somewhere in that apartment, even if I wasn't always wanted with patience, I was present. And my presence had value.
Rodzinne mieszkanie staram się pamiętać tkliwie. To nie znaczy, że zapominam. To znaczy, że wybieram, które obrazy trzymać najbliżej serca.
To było mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, w hutniczym mieście wybudowanym w czasach komuny. Szara klatka schodowa, chłodna poręcz, ciężkie drzwi z domofonem. Między blokami stały metalowe kontenery na śmieci, latem pachnące zbyt mocno. Z okna widać było inne bloki i kominy huty, które nocą barwiły niebo na rdzawy kolor.
Byłyśmy grzeczne. Ciche. Takie, które nie przeszkadzają.
Tato nie lubił dzieci. Myślę dziś, że może nie umiał z nimi być. Nie miał cierpliwości do hałasu, do pytań, do dziecięcej potrzeby bliskości. W naszym mieszkaniu stąpało się ostrożnie. Głos ściszało się odruchowo. Śmiech tłumiło dłonią.
Nie pamiętam, żeby uczył mnie jeździć na rowerze. Uczyłam się sama, pod blokiem, obserwując inne dzieci. Przewracałam się, podnosiłam, próbowałam znowu. Kolana piekły, ale bardziej bolało coś innego - to ciche poczucie, że pewnych rzeczy nie wolno oczekiwać.
Mama próbowała łagodzić napięcia. Jej kroki w kuchni były szybkie, jakby chciała uprzedzić burzę. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, żeby wiedzieć, że trzeba zniknąć do swojego pokoju. Cienkie ściany nie chroniły przed podniesionymi głosami, a cisza po nich była jeszcze cięższa.
A jednak w tym wszystkim były też chwile jasne.
Mama czesała mnie w wąskim przedpokoju przed szkolną akademią. Delikatnie, uważnie, jakby dotykała czegoś kruchego. W niedzielę stawiała na stole rosół, para osiadała na oknach, a przez moment wydawało się, że jesteśmy zwyczajną rodziną. Pamiętam zapach świeżego chleba, który przynosiła z osiedlowego sklepu. Pamiętam, jak poprawiała mi kołdrę, gdy myślała, że śpię.
Miłość w naszym mieszkaniu nie była pełna ani bezwarunkowa. Była nierówna. Czasem tylko z jednej strony. Czasem bardziej troską niż czułością. Ale była - w drobnych gestach, w staraniu się, w milczącej obecności.
Dziś, kiedy myślę o tamtym miejscu, nie udaję, że było łatwo. Wiem, że było w nim dużo napięcia, lęku i niedopowiedzianych słów. Wiem też, że jako dziecko nauczyłam się być mała, żeby zajmować jak najmniej przestrzeni.
A jednak nie chcę pamiętać tylko chłodu.
Bo nawet w betonowym bloku, w cieniu hutniczych kominów, między meblościanką a wersalką, zdarzały się chwile ciepła. Krótkie. Ciche. Prawdziwe.
I to one zostają we mnie najmocniej.
Nie po to, by zaprzeczać temu, co bolało.
Ale po to, by nie zapomnieć, że mimo wszystko potrafiłam kochać. I że gdzieś w tamtym mieszkaniu, nawet jeśli nie zawsze byłam chciana z cierpliwością, byłam obecna. A moja obecność miała wartość.
Agnieszka
Add comment
Comments