I love myself

Published on 30 November 2025 at 17:57

Sometimes I wake up in the morning and, before I even open my eyes, I feel a quiet trembling within me. It's not fear, though I once confused it with anxiety. It's life, pulsing within me so clearly, as if reminding me: "You are here. You've walked your path. And you're still walking."

I love myself. I say this today without shame, though once even the slightest thought would have sounded unattainable. I love myself for the path I've traveled—bumpy, full of twists and turns, at times utterly dark. And yet, I never once lost my humanity along the way. In every situation, even when it hurt the most, I clung to humility, mindfulness, and gratitude, even though these were sometimes the last threads connecting me to myself.

I love myself for repeatedly moving forward with courage, even though that courage was as fragile as an eggshell. For lifting my head despite the falls, despite the tears, despite the cracks. That my smile could illuminate me when the world tried to extinguish me. And though it wasn't always wide, it was genuine.
I carry shadows within me. They will always be with me—I no longer deny them. They have become a part of me, tamed, quiet, less painful. Perhaps even necessary. They remind me of who I was, but they no longer determine who I am today.
And now I am a person I can love. A person who doesn't stand still. Who continues to grow, to come to life anew, to transform into an even better version of myself. Who believes that every change, even the smallest, matters.
Today I thank myself. For everything. For the strength I found within myself. For the gentleness I know how to give myself. For the determination that didn't let me give up. For still walking—with a heart sometimes tired, but always open.
I thank myself for being here. And for finally being able to love myself.

 

Czasem budzę się rano i zanim jeszcze otworzę oczy, czuję w sobie ciche drżenie. To nie lęk, choć kiedyś myliłam je z niepokojem. To życie, które pulsuje we mnie tak wyraźnie, jakby przypominało: „Jesteś tu. Przeszłaś swoją drogę. I nadal idziesz”.
Kocham siebie. Mówię to dziś bez wstydu, choć kiedyś choćby cień takiej myśli brzmiałby jak coś nieosiągalnego. Kocham siebie za drogę, którą przeszłam — wyboistą, pełną zakrętów, chwilami zupełnie ciemną. A jednak ani razu nie zgubiłam w niej człowieczeństwa. W każdej sytuacji, nawet gdy bolało najbardziej, trzymałam się skromności, uważności i wdzięczności, choć bywały to ostatnie nitki, które łączyły mnie z samą sobą. Kocham siebie za to, że nie raz szłam dalej z odwagą, choć ta odwaga była krucha jak cienka skorupka jajka. Za to, że mimo upadków, mimo łez, mimo pęknięć — podnosiłam głowę. Że mój uśmiech potrafił rozświetlić mnie wtedy, gdy świat próbował mnie zgasić. I choć nie zawsze był szeroki, był prawdziwy.
Noszę w sobie cienie. Zawsze będą przy mnie — nie wypieram ich już. Stały się częścią mnie, oswojone, ciche, mniej bolesne. Może nawet potrzebne. Przypominają mi, kim byłam, ale już nie decydują o tym, kim jestem teraz.
A teraz jestem człowiekiem, którego potrafię kochać. Człowiekiem, który nie stoi w miejscu. Który nadal chce się rozwijać, budzić do życia na nowo, transformować w jeszcze lepszą wersję siebie. Który wierzy, że każda zmiana, nawet najmniejsza, ma znaczenie.
Dziś dziękuję sobie. Za wszystko. Za siłę, którą w sobie znalazłam. Za łagodność, którą potrafię sobie dać. Za determinację, która nie pozwoliła mi się poddać. Za to, że wciąż idę — z sercem czasem zmęczonym, ale zawsze otwartym.
Dziękuję sobie za to, że jestem. I że w końcu umiem siebie kochać.

 

Agnieszka

 

 

Add comment

Comments

There are no comments yet.