Sometimes I think my life felt like walking through a fog. Everything was soft, blurred, as if separated from me by a thin layer of glass. Even my emotions bounced off this invisible barrier, returning to me only slowly. That's why I couldn't inhabit my body for so long. It, too, was a fog—a part of me, yet not mine.
Only later did I understand that my dreams were trying to teach me what I couldn't understand during the day. They were like messages written in a language I was just learning. In those dreams, I walked through places that looked like worlds woven from memory, not matter. Palaces made of pulsating light. Beings who spoke without words, and their voices were like a trembling in my chest. I was among them, like one of them, though each time I felt I would soon awaken.
I remember the clearest of those dreams to this day—as if I'd just returned from it. I stood on what felt like a shore, though there was no water there, only a vast expanse of shimmering, quivering particles. Someone stood beside me—a tall silhouette, light for features. I had no doubt he knew me. He knew me better than I ever knew myself.
"Remember," he said silently.
"What am I supposed to remember?" I asked.
"Myself."
Before I could ask another question, I felt a familiar tug and opened my eyes. But this time, the dream didn't fade away as usual. It stayed. Its echoes resonated within me all day, and I knew this was more than a dream. It was a calling.
Soon afterward, I began to notice subtle changes. My touch, the one I'd once feared, became more conscious. As if I could finally direct this energy, not just be its conduit. When my friend came to me, crying, I wrapped my arms around her, and a gentle warmth flowed through my hands. She didn't pull away. She didn't look at me with fear. She just took a deep breath, as if something invisible had lifted a burden from her shoulders.
"How do you do it?" she asked later.
I smiled. "I don't know. Maybe I'm just listening."
My body stopped being a foreign object. I began to feel the pulse of the world within it—subtle vibrations that connected me to other people, to places, to what I once considered imagination. This was the synchronicity I'd read so much about and
sought for so long. A union of spirit and body that wasn't about one being subjugated by the other, but about their shared consent.
And that's when I understood: this is only the beginning. Just the first step towards myself. But the first step taken consciously changes everything.
I increasingly wonder where I truly came from. Not in the sense of biology, but of the memory of my soul. Maybe we are all wanderers between worlds, only some remember a little more. Maybe I simply hold within me a fragment of that light that hasn't yet faded. Or maybe... I'm simply learning to be who I was always meant to be.
I know one thing—the road I've traveled has been long. And although sometimes it feels like I'm just shaking off the last of the fog, I'm no longer afraid to move on. Because now I'm walking with myself, not alongside myself.
Czasem myślę, że moje życie przypominało wędrówkę przez mgłę. Wszystko było miękkie, rozmyte, jakby oddzielone ode mnie cienką warstwą szkła. Nawet moje emocje odbijały się od tej niewidocznej bariery, wracając do mnie z opóźnieniem. To dlatego tak długo nie potrafiłam zamieszkać w swoim ciele. Ono też było mgłą — częścią mnie, a jednak nie moją.
Dopiero później zrozumiałam, że moje sny próbowały mnie nauczyć tego, czego nie umiałam pojąć za dnia. Były jak wiadomości pisane językiem, którego dopiero się uczyłam. W tamtych snach chodziłam po miejscach, które wyglądały jak światy utkane z pamięci, a nie z materii. Pałace zbudowane z pulsującego światła. Istoty, które mówiły bez słów, a ich głosy były jak drżenie w mojej klatce piersiowej. Byłam wśród nich jak jedna z nich, choć za każdym razem czułam, że wkrótce się obudzę.
Najczystszy z tych snów pamiętam do dziś — jakbym właśnie z niego wróciła. Stałam na czymś, co przypominało brzeg, choć nie było tam wody, tylko ogromna przestrzeń migoczących, drgających cząsteczek. Ktoś stał obok mnie — wysoka sylwetka, światło zamiast rysów. Nie miałam wątpliwości, że mnie zna. Że zna mnie lepiej, niż ja siebie kiedykolwiek poznałam.
„Pamiętaj” — powiedział bez dźwięku.
„Co mam pamiętać?” — zapytałam.
„Siebie.”
Zanim zdążyłam zadać kolejne pytanie, poczułam znajome szarpnięcie i otworzyłam oczy. Ale tym razem sen nie rozpłynął się jak zwykle. Został. Jego echo brzmiało we mnie cały dzień, a ja wiedziałam, że to było coś więcej niż sen. To było wezwanie.
Niedługo potem zaczęłam zauważać subtelne zmiany. Mój dotyk, ten, którego kiedyś się bałam, stał się bardziej świadomy. Jakbym wreszcie potrafiła kierować tą energią, a nie tylko być jej przekaźnikiem. Kiedy przyjaciółka przyszła do mnie zapłakana, objęłam ją ramionami, a przez moje dłonie przeszło łagodne ciepło. Nie odsunęła się. Nie spojrzała na mnie z lękiem. Tylko odetchnęła głęboko, jakby coś niewidzialnego zdjęło z jej barków ciężar.
„Jak ty to robisz?” — zapytała później.
Uśmiechnęłam się. „Nie wiem. Może po prostu słucham.”
Moje ciało przestało być obcym przedmiotem. Zaczęłam czuć w nim puls świata — subtelne drgania, które łączyły mnie z innymi ludźmi, z miejscami, z tym, co kiedyś uważałam za imaginację. To była synchronizacja, o której tyle czytałam i
której tak długo szukałam. Połączenie ducha i ciała, które nie polegało na ujarzmieniu jednego przez drugie, lecz na ich wspólnej zgodzie. I właśnie wtedy zrozumiałam: to dopiero początek. Dopiero pierwszy krok w stronę siebie. Ale pierwszy krok postawiony świadomie zmienia wszystko. Coraz częściej zastanawiam się, skąd naprawdę przyszłam. Nie w sensie biologii, lecz pamięci duszy. Może wszyscy jesteśmy wędrowcami między światami, tylko niektórzy pamiętają trochę więcej. Może ja po prostu trzymam w sobie jakiś fragment tamtego światła, który jeszcze nie wygasł. A może… po prostu uczę się być tym, kim zawsze miałam być. Wiem jedno — droga, którą pokonałam, była długa. I choć czasem wydaje mi się, że dopiero otrzepuję z siebie resztki mgły, już nie boję się iść dalej. Bo teraz idę razem ze sobą, a nie obok siebie.
Agnieszka
Add comment
Comments