My head is a mess, I'm not thinking straight—I keep repeating this to myself, as if words could even bring some order to what I can't quite put together. These thoughts churn inside me like everything else I try to push into the darkest recesses of my consciousness. They swell there, clatter, want to come out, and I pretend I don't hear them.
Sometimes, in these naive moments, I think that if I just close my eyes, the chaos will calm down on its own. That the silence will cover everything like a soft blanket, allowing me to breathe more evenly, more fully. But it never works. Closing my eyes doesn't calm me at all—it only deepens the darkness and brings out what I fear most.
Today is a hard day. So sticky with sadness, lingering like a shadow that refuses to let go. But I know it doesn't define me. It's more like a stop sign on an empty road—stop, see, feel. Don't run.
So I stop. I'm standing in the middle of this internal mess, even though I'd love to hide under the blankets of life, pretending nothing's happening. I breathe, though my lungs feel like they're being squeezed by a cold hand. And I try to be mindful—of every lump in my throat, of every thought that tries to tug at me, of every breath that returns despite everything.
Perhaps it's on days like these that I learn most about myself. Not on the bright, smooth, and organized ones, but on the rough, difficult ones, burned from the inside out. Maybe they're the ones that remind me that even if my mind is chaotic, it doesn't mean I am chaos.
I'm not strong today. But I am present. And that's enough for now...
Bałagan mam w głowie, nie myślę rozsądnie — powtarzam to sobie, jakby słowa mogły choć trochę uporządkować to, czego nie potrafię poskładać. Te myśli kotłują się we mnie tak samo jak wszystko inne, co próbuję wepchnąć w najciemniejsze zakamarki świadomości. Pęcznieją tam, stukają, chcą wyjść, a ja udaję, że ich nie słyszę.
Czasem, w tych naiwnych momentach, wydaje mi się, że jeśli tylko przymknę oczy, chaos sam się uspokoi. Że cisza przykryje wszystko jak miękki koc, pozwoli mi oddychać równiej, pełniej. Ale to nigdy nie działa. Zamykanie oczu wcale mnie nie uspokaja — tylko pogłębia mrok i wydobywa z niego to, czego najbardziej się boję.
Dzisiejszy dzień jest ciężki. Taki lepki od smutku, przeciągający się jak cień, który nie chce odpuścić. Ale wiem, że nie definiuje mnie. Jest raczej jak znak stopu na pustej drodze — zatrzymaj się, zobacz, poczuj. Nie uciekaj.
Więc zatrzymuję się. Stoję w samym środku tego wewnętrznego bałaganu, choć najchętniej schowałabym się pod kołdrą życia, udając, że nic się nie dzieje. Oddycham, choć płuca mam jak ściśnięte zimną dłonią. I próbuję być uważna — na każdy ścisk w gardle, na każdą myśl, która próbuje mną szarpnąć, na każdy oddech, który mimo wszystko wraca.
Może właśnie w takich dniach uczę się siebie najpełniej. Nie w tych jasnych, gładkich, poukładanych, ale w szorstkich, trudnych, przepalonych od środka. Może to właśnie one przypominają mi, że nawet jeśli mam w głowie chaos, to nie oznacza to, że jestem chaosem.
Dziś nie jestem silna. Ale jestem obecna. I to na razie wystarcza...
Agnieszka
Add comment
Comments