I have always dreamed.
Sometimes quietly, almost in a whisper, as if saying my dreams out loud might frighten them away. Other times boldly, with the deep conviction that somewhere beyond what I could see at that moment, there was a life I had once only imagined.
For a long time, though, I wasn't sure if I truly believed my dreams could come true.
Because dreaming is easy when everything is going well. It is easy to write beautiful words in a journal: “I want my life to look like this.” It is easy to imagine the future when the present doesn't hurt.
It is much harder to believe when life tells you: not yet.
And life told me that many times.
My journey was never paved with roses. There were turns I never expected, disappointments, loneliness, moments of doubt, and times when I felt as though I had reached the very bottom of a deep well.
I would look up and see only a tiny piece of sky.
There were days when I wondered if I would ever find my way out.
And yet, somehow, I always did.
Every single time.
Maybe not as quickly as I wanted. Maybe with wounded hands, exhausted and uncertain about what was waiting for me at the top.
But I climbed.
Today, I think those were the moments when I learned the most about believing in my dreams.
Because dreams do not always come to us when we are ready for them.
Sometimes, before we can live the life we dream about, we have to become the person who is strong enough to carry it.
For years, I wrote down my dreams. I kept journals. I wrote about what I wanted, where I wanted to be, what I wanted to feel, and who I wanted to become.
Some of the words seemed almost impossible back then.
And today, when I look at my life, I realize that I am standing in places I once wrote about.
Not everything happened exactly the way I imagined it would.
Life isn't a catalogue where we simply choose a picture and receive it exactly as ordered. Sometimes fulfillment comes through a completely different door. Sometimes it has a different face, a different shape, a different timing.
But it comes.
And when it does, I remember the woman I once was, sitting with her journal, writing down her dreams even though she had absolutely no proof that any of them would ever come true.
I wish I could go back and tell her: You were right to believe.
Not because dreaming alone was enough.
Not because writing something down meant you could simply sit back and wait.
But because when you truly begin to believe in a dream, something inside you changes.
You begin to notice possibilities you couldn't see before.
You make different choices.
You try again.
You get back up after falling.
You look for a door when you think every door has been closed.
And sometimes, you find a little gate.
A tiny one.
Almost invisible.
At first, it opens only a few inches. It doesn't reveal the whole path. It doesn't promise that the road ahead will be easy.
But it is there.
And you have to be brave enough to take the first step.
My own little gate to my dreams didn't open all at once.
It opened slowly.
Sometimes when I least expected it.
And I, like the Phoenix, had to rise from my own ashes more than once.
Each time a little stronger.
A little wiser.
A little closer to myself.
Today, I know that not all of my dreams have come true yet.
And that's okay.
Because I am still dreaming.
I am still writing.
I am still manifesting.
I am still looking ahead with the same hope I carried years ago, only now that hope is accompanied by something else:
Experience.
I know now that the road doesn't have to be straight to lead you to the right place.
I know that falling doesn't mean the end.
I know that sometimes you have to go very deep into the darkness to discover a strength inside yourself you never knew existed.
And I know that dreams are not foolish.
They are a compass.
So if you're sitting with a blank page today, wondering whether it's worth writing down your dreams - write them.
Even if they seem impossible.
If you're afraid they will never come true - write them anyway.
If life has just brought you to your knees - write them.
If you're at the bottom of your own well and you cannot yet see a way out - write them.
Because one day, you may open that old journal and read the words you wrote years ago.
And suddenly, you'll realize that you are standing exactly where you once wanted to be.
Maybe it doesn't look exactly the way you imagined.
Maybe the road was much harder than you expected.
Maybe you lost a few dreams along the way and discovered new ones instead.
But you'll look at yourself and think:
“I made it.”
And then you'll turn the page.
And start writing the next dream.
Because I have learned that a fulfilled dream is not the end of the journey.
It is another little gate.
And there are still doors ahead of me that I haven't opened.
There are still dreams I write down.
Still wishes I manifest.
Still things I believe in.
Because I am still on my way.
And perhaps that is what life is really about.
Not having everything already.
Not never falling.
Not always knowing where the next step will lead.
But continuing to look toward your light, even when the road becomes dark.
Getting back up after every fall.
Looking for the little gate after every door closes.
And believing that even when life scatters us into pieces, we can rise again - like the Phoenix - from our own ashes.
I believe.
Because I am living proof that dreams can find their way into reality.
And my story isn't over yet.
I am simply turning the next page.
Od zawsze marzyłam.
Czasem po cichu, niemal szeptem, jakby samo wypowiedzenie marzenia mogło je spłoszyć. Innym razem odważnie, z przekonaniem, że gdzieś tam, poza tym, co widzę dzisiaj, czeka na mnie życie, o którym kiedyś tylko myślałam.
Długo jednak nie wiedziałam, czy naprawdę wierzę, że moje marzenia mogą się spełnić.
Bo przecież łatwo jest marzyć, kiedy wszystko układa się dobrze. Łatwo zapisać w dzienniku piękne zdanie: „Chcę, żeby moje życie wyglądało właśnie tak”. Łatwo wyobrażać sobie przyszłość, kiedy teraźniejszość nie boli.
Trudniej wierzyć wtedy, kiedy życie mówi: nie teraz.
A czasami mówiło mi to bardzo wyraźnie.
Moja droga nigdy nie była usłana różami. Były na niej zakręty, rozczarowania, samotność, chwile zwątpienia i takie momenty, kiedy wydawało mi się, że znalazłam się na samym dnie studni. Patrzyłam wtedy w górę i widziałam jedynie maleńki skrawek nieba.
Bywały dni, kiedy zastanawiałam się, czy jeszcze kiedykolwiek uda mi się stamtąd wyjść.
A jednak wychodziłam.
Za każdym razem.
Może nie tak szybko, jak chciałam. Może z poranionymi dłońmi, zmęczona i bez pewności, co czeka mnie na górze. Ale wychodziłam.
Dziś myślę, że właśnie wtedy najbardziej uczyłam się wiary w swoje marzenia.
Bo marzenia nie zawsze przychodzą do nas wtedy, kiedy jesteśmy na nie gotowi. Czasami najpierw musimy stać się osobą, która potrafi je udźwignąć.
Przez lata zapisywałam swoje pragnienia. Prowadziłam dzienniki. Pisałam o tym, czego chcę, gdzie chciałabym być, co chciałabym poczuć, kim chciałabym się stać.
Niektóre słowa wydawały mi się wtedy wręcz nierealne.
A dziś patrzę na swoje życie i odkrywam, że jestem w miejscach, o których kiedyś pisałam.
Nie wszystko wydarzyło się dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam. Życie przecież nie jest katalogiem, z którego wybieramy gotowy obrazek. Czasami spełnienie przychodzi zupełnie inną drogą. Czasami ma inną twarz, inny kształt, inne tempo.
Ale przychodzi.
I wtedy przypominam sobie tę dziewczynę, która siedziała nad swoim dziennikiem i zapisywała marzenia, choć jeszcze nie miała żadnych dowodów na to, że kiedykolwiek się spełnią.
Chciałabym dziś powiedzieć jej: miałaś rację, żeby wierzyć.
Nie dlatego, że samo marzenie wystarczyło.
Nie dlatego, że wystarczyło coś zapisać i czekać.
Ale dlatego, że kiedy człowiek naprawdę zaczyna wierzyć w swoje marzenie, coś w nim się zmienia. Zaczyna dostrzegać możliwości, których wcześniej nie widział. Podejmuje decyzje. Próbuje jeszcze raz. Wstaje po upadku. Szuka drzwi, kiedy wydaje mu się, że wszystkie są zamknięte.
A czasami pojawia się furtka.
Maleńka.
Prawie niezauważalna.
Na początku uchyla się zaledwie na kilka centymetrów. Nie pokazuje całej drogi. Nie daje gwarancji, że będzie łatwo.
Ale jest.
I trzeba mieć odwagę zrobić pierwszy krok.
Moja furtka do marzeń również nie otworzyła się od razu. Otwierała się powoli, czasami wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewałam.
A ja, jak Feniks, wielokrotnie odradzałam się z własnych popiołów.
Za każdym razem trochę silniejsza.
Trochę bardziej świadoma.
Trochę bliższa sobie.
Dzisiaj wiem, że nie wszystkie moje marzenia są jeszcze spełnione.
I bardzo dobrze.
Bo nadal marzę.
Nadal zapisuję.
Nadal manifestuję.
Nadal patrzę przed siebie z tą samą nadzieją, którą miałam kiedyś, choć dziś towarzyszy jej coś jeszcze - doświadczenie.
Wiem już, że droga nie musi być prosta, żeby prowadziła we właściwe miejsce.
Wiem, że upadek nie oznacza końca.
Wiem, że czasami trzeba zejść bardzo głęboko, żeby odnaleźć w sobie siłę, o której istnieniu nie miało się pojęcia.
I wiem, że marzenia nie są naiwnością.
Są kompasem.
Dlatego jeśli dziś siedzisz nad pustą kartką i zastanawiasz się, czy warto zapisać swoje marzenia — zapisz je.
Nawet jeśli wydają Ci się niemożliwe.
Jeśli boisz się, że nigdy się nie spełnią - zapisz je mimo wszystko.
Jeśli życie właśnie rzuciło Cię na kolana - zapisz je.
Jeśli jesteś na dnie swojej studni i nie widzisz jeszcze drogi na górę - zapisz je.
Bo być może któregoś dnia otworzysz swój stary dziennik i przeczytasz słowa, które napisałaś dawno temu.
I nagle zrozumiesz, że jesteś dokładnie tam, gdzie kiedyś chciałaś być.
Może nie wszystko wygląda tak samo.
Może droga była znacznie trudniejsza.
Może po drodze zgubiłaś kilka marzeń, a znalazłaś inne.
Ale spojrzysz na siebie i pomyślisz: „Udało się".
A potem przewrócisz kolejną stronę.
I zaczniesz pisać następne.
Bo ja już wiem, że spełnione marzenie nie jest końcem drogi.
Jest kolejną furtką.
A przede mną wciąż są drzwi, których jeszcze nie otworzyłam.
Wciąż mam marzenia, które zapisuję.
Wciąż mam pragnienia, które manifestuję.
Wciąż wierzę.
Bo przecież jestem w drodze.
I chyba właśnie o to chodzi.
Nie o to, by już mieć wszystko.
Nie o to, by nigdy nie upadać.
Nie o to, by zawsze wiedzieć, dokąd prowadzi kolejny krok.
Tylko o to, żeby mimo wszystko nie przestać patrzeć w stronę swojego światła.
Żeby po każdym upadku spróbować powstać.
Żeby po każdym zamknięciu drzwi poszukać furtki.
I żeby nawet wtedy, kiedy życie rozsypie nas na kawałki, uwierzyć, że możemy - jak Feniks - powstać z popiołów.
Ja wierzę.
Bo jestem żywym dowodem na to, że marzenia potrafią znaleźć drogę do rzeczywistości.
A moja historia jeszcze się nie skończyła.
Dopiero przewracam kolejną stronę.
Agnieszka
Add comment
Comments