I think that romantic love is very demanding. I write this without bitterness, rather with the attentiveness of someone who has stopped for a moment and observes their own life from the sidelines. Love can consume time endlessly-it doesn't ask if we have enough of it, it simply takes it. It reevaluates everything that previously seemed constant and obvious. What was important suddenly fades away. I put my interests on the shelf "for later," mornings that once belonged only to me begin with someone's presence, someone's breathing, someone's plan for the day. Routine that safe haven where I knew every stone falls apart or
changes shape. And although change is supposedly growth, I sometimes miss the simplicity of being alone with myself.
Love is setting a condition for the unknown. Signing up for something that can't be fully predicted. It's pushing myself into the background, hoping that somewhere along the way I won't disappear completely. I ask myself if it's worth the effort- not in moments of crisis, but precisely in those calm moments, when everything is "just right." But there are other ways. We can be together in moments when we truly want to be together without coercion, without obligation. We can allow ourselves moments in which we choose solitude, immerse ourselves in our ideal world, this quiet, our own, without compromise. Maybe love doesn't have to mean resignation. Maybe it's not about giving ourselves completely, but about the meeting of two wholes, sometimes
walking side by side, and sometimes each going their own way. I don't know yet what the true answer is. I only know that I'm listening to myself more carefully more and more often and that this, too, is a form of love.
Myślę, że miłość romantyczna jest bardzo wymagająca. Piszę to bez goryczy, raczej z uważnością kogoś, kto zatrzymał się na chwilę i
przygląda się własnemu życiu z boku. Miłość potrafi pochłaniać czas bezgranicznie, nie pyta, czy mamy go wystarczająco dużo, po
prostu bierze. Przewartościowuje wszystko, co do tej pory wydawało się stałe i oczywiste. To, co było ważne, nagle cichnie.
Zainteresowania odkładam na półkę „na później”, poranki, które kiedyś należały tylko do mnie, zaczynają się od czyjejś obecności,
czyjegoś oddechu, czyjegoś planu na dzień. Rutyna, ta bezpieczna przystań, w której znałam każdy kamień, rozpada się albo
zmienia kształt. I choć podobno zmiana jest rozwojem, ja czasem tęsknię za prostotą bycia tylko ze sobą. Miłość to danie warunku na niewiadome. Podpisanie się pod czymś, czego nie da się do końca przewidzieć. To przesuwanie siebie na dalszy plan z nadzieją, że gdzieś po drodze nie zniknę całkowicie. Zadaję sobie pytanie, czy to warte zachodu, nie w chwilach kryzysu, ale właśnie w tych spokojnych, kiedy wszystko układa się „jak trzeba”. A przecież można inaczej. Można być ze sobą w momentach, kiedy naprawdę chcemybyć razem bez przymusu, bez obowiązku. Można pozwolić sobie na chwile, w których wybieramy samotność, zanurzamy się w swoim idealnym świecie, tym cichym, własnym, bez kompromisów. Może miłość nie musi oznaczać rezygnacji. Może nie
polega na oddaniu siebie w całości, ale na spotkaniu się dwóch całości, które czasem idą obok siebie, a czasem każda swoją drogą.
Nie wiem jeszcze, jaka odpowiedź jest prawdziwa. Wiem tylko, że coraz częściej słucham siebie uważniej — i że to też jest
forma miłości.
Agnieszka
Add comment
Comments