Today is the first day of the new year. I wake up with a sense of silence that isn't emptiness, but promise. As if the world had held its breath with me for a moment. A new nine-year cycle is beginning, and I feel it not only in my thoughts but deep beneath my skin—like a subtle shifting of inner boundaries.
I look out the window and see light. Different than yesterday. Not because the sun is shining brighter, but because I see things differently. The past year has been a time of closure. Things that hurt. Conversations that needed to be heard to the end. Emotions that have long been demanding attention. Everything that was meant to end has found its place. Not without difficulty, not without tears, but with meaning. I feel like the door has closed peacefully, without a slam.
Now I stand on the threshold. With plans not yet fully defined, with dreams that are more feelings than concrete. I have hope within me quiet, mature, without fireworks. I know that what comes next will be a process. That not everything will happen at once. And that's what calms me.
I believe this cycle will be full of love. Not the loud and dramatic kind, but real love—present in everyday gestures, in harmony with oneself, in relationships that breathe. I believe in fulfillment, which doesn't have to mean "more," but "enough." In being where I belong.
Today, I don't promise myself miracles. I promise myself mindfulness. The courage to keep going, even if the road sometimes disappears around a bend. Trust that once one thing has closed, something new can be born.
A new year. A new cycle. A new beginning.
And I am ready to take the first step.
Dziś jest pierwszy dzień nowego roku. Budzę się z poczuciem ciszy, która nie jest pustką, ale obietnicą. Jakby świat na chwilę wstrzymał oddech razem ze mną. Zaczyna się nowy dziewięcioletni cykl, a ja czuję to nie tylko w myślach, lecz głęboko pod skórą — jak delikatne przesunięcie wewnętrznych granic.
Patrzę w okno i widzę światło. Inne niż wczoraj. Nie dlatego, że słońce świeci mocniej, ale dlatego, że ja patrzę inaczej. Miniony rok był czasem domykania. Spraw, które bolały. Rozmów, które musiały wybrzmieć do końca. Emocji, które długo prosiły się o zauważenie. Wszystko, co miało się zakończyć, znalazło swoje miejsce. Nie bez trudu, nie bez łez, ale z sensem. Czuję, że drzwi zostały zamknięte spokojnie, bez trzasku.
Teraz stoję na progu. Z planami jeszcze nie do końca nazwanymi, z marzeniami, które są bardziej uczuciem niż konkretem. Mam w sobie nadzieję — cichą, dojrzałą, bez fajerwerków. Wiem, że to, co przychodzi, będzie procesem. Że nie wszystko wydarzy się od razu. I właśnie to mnie uspokaja.
Wierzę, że ten cykl będzie pełen miłości. Nie tej głośnej i dramatycznej, ale prawdziwej — obecnej w codziennych gestach, w zgodzie ze sobą, w relacjach, które oddychają. Wierzę w spełnienie, które nie musi oznaczać „więcej”, lecz „wystarczająco”. W bycie na swoim miejscu.
Dziś nie obiecuję sobie cudów. Obiecuję sobie uważność. Odwagę, by iść dalej, nawet jeśli droga czasem zniknie za zakrętem. Zaufanie, że skoro jedno się domknęło, coś nowego ma prawo się narodzić.
Nowy rok. Nowy cykl. Nowy początek.
A ja jestem gotowa zrobić pierwszy krok.
Agnieszka
Add comment
Comments