Birthday

Published on 20 December 2025 at 08:43

That special day comes. Once a year. A day when time slows down for a moment, as if to give me space to breathe and look back. A day when I feel like I've been born again—not in body, but in consciousness. A tear wells in my eye, not from regret, but from excess. From memory. From gratitude. From the quiet emotion of still being here.

It's a day when I count not the years, but the experiences. The falls that taught me to get up. The joys that opened my heart. The pains that hardened it. The smiles that appeared not despite everything, but precisely because of it. I feel the entire path within me—winding, imperfect, true. And I know I came here to learn again and again: to love, to let go, to trust, to allow.

I sit in silence, and words appear in my head. They return every year, like a mantra, like the whisper of a soul that knows more than the mind.
I repeat them slowly, allowing each one to settle deep within me:
What is to go, let go
What is to come, let come
What is to fall, let fall
What is to vanish, let vanish
I feel relief. As if with these words something were letting go. As if I were no longer holding on to something that had long since lost its meaning, though it was once my entire world. I consent to movement. To change. To the void that makes room.
What is to create, let it be created
What is to multiply, let it multiply
What is to divide, let it divide
What is to allocate, let it allocate
I think of everything that was growing silently within me. Of dreams that were waiting for courage. Of talents that were begging to be finally trusted. Of relationships that taught me boundaries and closeness simultaneously.
I know that not everything depends on me—but my willingness does. Whatever is to come, let it come.
What is to come, let it come.
What is created, let it multiply.
What exposes, let it expose.
I am no longer afraid of the truth. Even the uncomfortable truth. Even the truth that strips away illusions. Because I know that underneath there is always something alive. Authentic. Mine.
I breathe deeply, and my heart grows brighter.
Let the mists and veils fall away.
And the world rises reborn.
Let all the walls crumble.
Let my heart soar upward.
And in that moment I understand: this isn't just a birthday. It's a day of returning to myself. To who I was, am, and am becoming. With new hope. With soft strength. With courage that doesn't scream, but endures.
I blow out the candle—not to end something, but to invite new light. And I move on. Lighter. Truer. Reborn.

 

Przychodzi ten szczególny dzień. Raz w roku. Dzień, w którym czas na moment zwalnia, jakby chciał mi dać przestrzeń na oddech i spojrzenie wstecz. Dzień, w którym czuję, że znów przyszłam na świat — nie ciałem, lecz świadomością. Łza kręci się w oku, nie z żalu, lecz z nadmiaru. Z pamięci. Z wdzięczności. Z cichego wzruszenia, że wciąż tu jestem.
To dzień, w którym liczę nie lata, lecz doświadczenia. Upadki, które nauczyły mnie wstawać. Radości, które otwierały serce. Bóle, które je hartowały. Uśmiechy, które pojawiały się nie mimo wszystko, ale właśnie dlatego. Czuję w sobie całą drogę — krętą, nieidealną, prawdziwą. I wiem, że przyszłam tu uczyć się wciąż od nowa: kochać, odpuszczać, ufać, pozwalać.
Siedzę w ciszy, a w głowie pojawiają się słowa. Wracają co roku, jak mantra, jak szept duszy, która wie więcej niż umysł.
Powtarzam je powoli, pozwalając, by każde z nich osiadło we mnie głęboko:
Co ma odejść, niech odchodzi
Co ma przyjść, niech przychodzi
Co ma upaść, niech upadnie
Co ma przepaść, niech przepadnie
Czuję ulgę. Jakby wraz z tymi słowami coś puszczało. Jakbym przestawała trzymać się tego, co już dawno straciło sens, choć kiedyś było całym światem. Zgadzam się na ruch. Na zmianę. Na pustkę, która robi miejsce.
Co ma stworzyć, niech się stworzy
Co pomnożyć, niech pomnoży
Co ma dzielić, niech podzieli
Co przydzielić, niech przydzieli
Myślę o wszystkim, co we mnie dojrzewało w ciszy. O marzeniach, które czekały na odwagę. O talentach, które prosiły, by wreszcie im zaufać. O relacjach, które uczyły mnie granic i bliskości jednocześnie.
Wiem, że nie wszystko zależy ode mnie — ale moja gotowość już tak.
Co ma przyjść, niech już przyjdzie
Co ma wyjść, niechaj wyjdzie
Co się stwarza, niech pomnaża
Co obnaża, niech obnaża
Nie boję się już prawdy. Nawet tej niewygodnej. Nawet tej, która zdziera iluzje. Bo wiem, że pod spodem zawsze jest coś żywego. Autentycznego. Mojego.
Oddycham głęboko, a w sercu robi się jaśniej.
Niech upadną mgły, zasłony
A świat wstanie odrodzony
Niech kruszeją wszystkie mury
Niechaj serce mknie do góry
I w tej chwili rozumiem: to nie jest tylko dzień urodzin. To dzień powrotu do siebie. Do tej, którą byłam, jestem i dopiero się staję. Z nową nadzieją. Z miękką siłą. Z odwagą, która nie krzyczy, lecz trwa.
Zdmuchuję świecę — nie po to, by coś zakończyć, ale by zaprosić nowe światło. I ruszam dalej. Lżejsza. Prawdziwsza. Odrodzona.

 

Agnieszka

Add comment

Comments

There are no comments yet.

Create Your Own Website With Webador