I'm slowly outgrowing being a spare tire

Published on 5 December 2025 at 17:35

It's a strange feeling-as if my own life suddenly started catching up with me, questioning why I'd let others dictate my path for so long. For years, I'd been a crash landing for people who'd come into my world for a moment, just a moment, just long enough to draw energy from me and then leave.
I always believed that by giving a lot, I'd receive at least a little in return.
But some saw me as nothing more than a stimulus, a one-time hope to sustain them when they couldn't stand upright themselves. I was like a temporary charging station for them-a fragment of tenderness, only visited when their own life was fading.
And I... I was disappearing into myself.
My boundaries were turning into fog, and my sense of stability vanished like a coin thrown into a well. All I heard was the splash and the silence that followed.
I'm learning now-slowly, painfully, but I'm learning.
I'm growing out of saving people who don't want to be saved. I'm growing out of being an illusory raft meant to keep others afloat while barely breathing myself. I'm growing out of giving myself "to the max," to the last drop, to the last breath.
I'm starting to see myself differently.
My heart is no longer a way station for travelers, but a home-my home.
I'm learning to leave light in it for myself, not just for others.
And you know what?
I feel peace returning within me.
Not abruptly, not suddenly-but quietly, like water beginning to fill an empty vessel.
For the first time in a long time, I'm not someone else's "momentarily."
For the first time in a long time, I'm myself-completely, completely, without fragments.
And I know I'll never go back to being someone's spare tire.
Not after all the time I've spent learning that I deserve something more.

 

To dziwne uczucie - jakby nagle moje własne życie zaczęło mnie doganiać i pytać, dlaczego tak długo pozwalałam innym sterować moją drogą. Przez lata byłam miejscem awaryjnego lądowania dla ludzi, którzy pojawiali się w moim świecie na chwilę, na moment, na tyle, by zaczerpnąć ode mnie energii, a potem odejść.
Zawsze wierzyłam, że dając dużo, otrzymam chociaż odrobinę z powrotem.
Ale niektórzy widzieli we mnie tylko bodziec, jednorazową nadzieję, która ma ich podtrzymać wtedy, kiedy sami nie potrafili stać prosto. Byłam dla nich jak przejściowa stacja ładowania - fragmentem czułości, którą odwiedzało się tylko wtedy, gdy ich własne życie gasło.
A ja… ja znikałam przy tym sobie.
Moje granice zamieniały się w mgłę, a poczucie stabilności znikało jak moneta rzucona do studni. Słyszałam tylko plusk i ciszę po nim.
Uczę się teraz - powoli, z bólem, ale uczę się.
Wyrastam z ratowania ludzi, którzy nie chcą być uratowani.
Wyrastam z bycia iluzorycznym pontonem, który ma trzymać innych na powierzchni, choć sam ledwie oddycha. Wyrastam z dawania siebie „na maksa”, do ostatniej kropli, do ostatniego tchu.
Zaczynam patrzeć na siebie inaczej.
Moje serce przestaje być stacją dla wędrowców, a staje się domem - moim domem.
Uczę się zostawiać w nim światło dla siebie, nie tylko dla innych.
I wiesz co?
Czuję, jak wraca we mnie spokój.
Nie gwałtownie, nie nagle - ale cicho, jak woda, która zaczyna wypełniać puste naczynie.
Pierwszy raz od dawna nie jestem czyimś „na chwilę”.
Pierwszy raz od dawna jestem sobą - całkowicie, bez reszty, bez odłamków.
I wiem, że już nigdy nie wrócę do bycia czyimś kołem zapasowym.
Nie po tym, jak długo uczyłam się, że zasługuję na coś więcej.

 

Agnieszka

 

Add comment

Comments

There are no comments yet.