I'm the "ever-smiling"

Published on 4 December 2025 at 15:22

When people talk about me, they often say I'm the "ever-smiling" one. The one who can brighten up a room just by entering, who cracks a joke when you least expect it, even when heavy clouds gather over the city. They say my smile never leaves my face-and maybe it really does-when I pass strangers on the street, when I pet my neighbor's dog, when the sun suddenly peeks out from behind the clouds, and I make a small celebration of it.
But no one but me sees that I sometimes laugh through my tears. That a smile, worn so lightly, can weigh more heavily than anything else. No one sees those days when everything inside me sags-my shoulders, my voice, my thoughts. Days when I wake up and already know I'll be looking for a reason to survive, not to be happy.
Sometimes I say something harsh, something I don't want to, something that later reverberates in my head until the shame burns like a hot stone. I don't have a shrewish nature-I never have. And yet, sometimes a spark within me ignites too quickly, too loudly, too painfully. And before I can control the words, they're already flying, hurting, leaving marks.
And then... then comes the familiar ritual. I disappear. I crawl under the covers, as if to disappear from my own life. I bury my face in the pillow, choke on tears, and tell myself that it will pass, that it's just a day, not a definition of me. But I still endure each such moment-as if it were a cold of the soul that needs to be sweated out in silence.
For years, I thought these days spoke of my weakness. That if I'm known for smiling, I should maintain it-even if my cheeks ached from the effort, even if my heart told me otherwise. Only now am I beginning to understand that my smile means more precisely because it exists alongside these difficult moments, not instead of them. Because in truth, I am whole-the one who laughs at strangers and the one who sometimes cries so quietly it seems like even the walls can't hear. The one who loves the world for its little things and the one who, on dark days, can't stand herself. The one who can give warmth to others and the one who sometimes desperately needs it herself.
I'm learning that I don't have to be perfect. That I have the right to rage, to pain, to moments when my smile crumbles. I'm learning that I can be both gentle and strong, vulnerable and courageous.
And when I go out into the street again the next morning and smile at a stranger, I don't do it because it always feels easy.
I do it because I know how much I sometimes need it-and I hope that someone else needs it today, too.

 

Kiedy ludzie mówią o mnie, często powtarzają, że jestem tą „wiecznie uśmiechniętą”. Tą, która potrafi rozpromienić pokój samym wejściem, która żartuje w najmniej spodziewanym momencie, nawet kiedy nad miastem zbierają się ciężkie chmury. Mówią, że mój uśmiech nie schodzi mi z twarzy - i może rzeczywiście wygląda to właśnie tak, kiedy mijam obcych na ulicy, kiedy głaszczę psa sąsiadki, kiedy słońce nagle wychodzi zza chmur, a ja robię z tego małe święto.
Ale nikt, poza mną, nie widzi, że czasem śmieję się przez łzy. Że uśmiech, tak lekko noszony, potrafi ciążyć bardziej niż cokolwiek innego. Nikt nie widzi tych dni, w których wszystko we mnie opada - ramiona, głos, myśli. Dni, w których budzę się i już wiem, że będę szukać powodu, by przetrwać, nie by się cieszyć.
Zdarza mi się wtedy powiedzieć coś ostrego, coś, czego nie chcę, coś, co później odbija mi się echem w głowie, aż wstyd zaczyna palić jak gorący kamień. Nie mam natury złośnicy - nigdy jej nie miałam. A jednak czasem jakaś iskra we mnie zapala się za szybko, za głośno, za boleśnie. I zanim zdążę zapanować nad słowami, one już lecą, ranią, zostawiają ślady.
A później… później przychodzi dobrze znany rytuał. Znikam. Wpełzam pod kołdrę, jakbym chciała zniknąć z własnego życia. Chowam twarz w poduszce, krztuszę się łzami i powtarzam sobie, że to minie, że to tylko dzień, nie definicja mnie. Ale i tak odchorowuję każdy taki moment — jakby był przeziębieniem duszy, które trzeba wypocić w ciszy.
Przez lata myślałam, że te dni mówią o mojej słabości. Że jeśli jestem znana z uśmiechu, to powinnam go utrzymywać - choćby z wysiłku bolały mnie policzki, choćby serce mówiło co innego. Dopiero teraz zaczynam rozumieć, że mój uśmiech znaczy więcej właśnie dlatego, że istnieje obok tych trudnych chwil, a nie zamiast nich.
Bo tak naprawdę jestem całością - tą, która śmieje się do obcych, i tą, która czasem płacze tak cicho, jakby nawet ściany nie mogły się o tym dowiedzieć. Tą, która kocha świat za jego drobiazgi, i tą, która w ponure dni nie potrafi znieść samej siebie. Tą, która potrafi dać ciepło innym, i tą, która czasem sama go rozpaczliwie potrzebuje.
Uczę się, że nie muszę być perfekcyjna. Że mam prawo do furii, do bólu, do chwil, w których mój uśmiech się kruszy. Uczę się, że mogę być jednocześnie delikatna i silna, wrażliwa i pełna odwagi.
A kiedy kolejnego ranka znów wychodzę na ulicę i uśmiecham się do nieznajomego przechodnia, robię to nie dlatego, że zawsze jest mi lekko. Robię to dlatego, że wiem, jak bardzo czasem tego potrzebuję - i mam nadzieję, że ktoś jeszcze właśnie dziś też tego potrzebuje.

Agnieszka

Add comment

Comments

There are no comments yet.