You have to tame your shadows

Published on 29 November 2025 at 19:22

When I first heard that "you have to tame your shadows," I burst out laughing. It sounded like something from a self-help book you only read on the train when you've forgotten your books. And yet, those words kept coming back to me, especially in the evenings, when the light in my room grew so soft that everything looked like a hallucination beginning. That evening, when it started flickering, I couldn't escape anymore. I sat on the floor, rested my back against the closet, and felt something inside me crack—gently, like a thin shell. "Okay," I said. "Show yourselves." And they came. Not as monsters. If they were monsters, it would have been easier. They came as versions of myself, the ones I'd rather never remember. First, that little girl, standing in the corner of the kitchen, trying with all her might not to cry. Then the teenager, who had learned to mask her fear so well that no one had ever noticed how badly her hands were shaking. Finally, the grown-up me—the one who always manages because she has to.

We stared at each other for a long time, as ifwe were strangers met at the train station. "I don't want to look you in the eye,"

I said almost silently. The little girl took a step forward. There was no resentment in her gaze. "But we are," she whispered.

I sat cross-legged on the cool floor. They sat around me as if they had been doing so foryears. For a long moment, I felt as if we were holding our breath together. Finally, I felt one of the feelings, the one I was most ashamed of, touch me gently—as if it wanted me to notice it, not judge it. "I'm scared," I finally said. For the first time aloud. The shadow of anger, the one I'd kept locked away like a basement, sat next to me so simply that it surprised me. It didn't weigh me down. It didn't burn. It was simply... present. And for the first time, I didn't try to push it away. Since that night, they've been coming back. Sometimes for a moment, sometimes longer. They no longer stand behind me like thieves. They sit next to me like someone I know and whom I no longer have to pretend I don't see. Taming the shadows doesn't make them disappear.
It stops them from tugging at my sleeve, demanding attention. Now I can look them in the face. And the most surprising thing is that when I finally look at them... I see that each one of them is me. The one I was. The one I have become. And the one I will yet be.

 

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że „trzeba oswoić swoje cienie”, parsknęłam śmiechem. Brzmiało to jak coś z poradnika, który czyta się tylko w pociągu, gdy zapomni się książki. A jednak słowa te wracały do mnie uparcie, zwłaszcza wieczorami, kiedy światło w moim pokoju robiło się tak miękkie, że wszystko wyglądało jak zaczynająca się halucynacja. Tamtego wieczoru, kiedy zaczęło migotać, nie mogłam już uciec. Usiadłam na podłodze, oparłam plecy o szafę i poczułam, jak coś we mnie pęka — delikatnie, jak cienka skorupa. „No dobrze” — powiedziałam. — „Pokażcie się.” I przyszły. Nie jako potwory. Gdyby były potworami, byłoby mi łatwiej. Przyszły jako wersje mnie, te, o których najchętniej nigdy bym nie pamiętała. Najpierw ta mała dziewczynka, stojąca w kącie kuchni i z całych sił próbująca nie płakać. Potem nastolatka, która nauczyła się tak dobrze maskować lęk, że nikt nigdy nie zauważył, jak bardzo drżą jej ręce. Wreszcie dorosła ja — ta, która zawsze daje radę, bo przecież musi. Wpatrywałyśmy się w siebie długo, jakbyśmy były obcymi kobietami spotkanymi na dworcu. „Nie chcę wam patrzeć w oczy” - powiedziałam prawie bezgłośnie. Mała dziewczynka zrobiła krok do przodu. W jej spojrzeniu nie było żadnej pretensji. „Ale jesteśmy” - wyszeptała. Usiadłam na chłodnej podłodze po turecku. One usiadły wokół mnie, jakby robiły to od lat. Przez dłuższą chwilę czułam, jakbyśmy wspólnie trzymały oddech. W końcu poczułam, że jedno z uczuć, te których najbardziej się wstydziłam, dotyka mnie delikatnie — jakby chciało, żebym je zauważyła, nie oceniała. „Boję się” — powiedziałam w końcu. Pierwszy raz na głos. Cień gniewu, ten, który zamykałam w sobie
jak w piwnicy, usiadł obok tak zwyczajnie, że aż mnie to zdziwiło. Nie ciążył. Nie palił. Był po prostu… obecny. A ja pierwszy raz nie
próbowałam go odpędzić. Od tamtej nocy one wracają. Czasem na chwilę, czasem na dłużej. Już nie stoją za plecami jak złodzieje. Siadają obok jak ktoś, kogo znam i kogo już nie muszę udawać, że nie widzę. Oswajanie cieni nie sprawia, że znikają. Sprawia, że przestają szarpać mnie za rękaw, domagając się uwagi. Teraz mogę spojrzeć im w twarz. A najbardziej zaskakujące jest to, że kiedy w końcu im się przyglądam… widzę, że każda z nich jest mną. Tą, którą byłam. Tą, którą się stałam. I tą, którą jeszcze będę.

 

Agnieszka

Add comment

Comments

There are no comments yet.