This year has been a rollercoaster for me.
I felt like life was sometimes pushing me forward at breakneck speed, and other times stopping me so abruptly that I was out of breath. Experiences crashed over me like waves—some gentle, others tumultuous—and I tried to stay afloat without losing myself along the way.
There were moments full of laughter, spontaneity, and a sense that I could do anything. And right after them came those that forced me to stop, look deep within, and confront what I had been running away from for so long. I learned what it meant to be important to myself, to not settle for less, and to listen to my own voice, even when it trembled.
Every difficulty left a mark on me.
Some were painful reminders of what I had lost, others proved to be lessons I didn't want, but needed. Only over time did I begin to see that all this chaos was leading me somewhere further, deeper—to myself.
And yet, at the end of this crazy year, something happened that gently touched my soul. I met someone who appeared unannounced, yet from the very first moment seemed familiar. Someone who calmed my heart in a way I hadn't experienced in a long time. Our conversations flowed naturally, as if we were continuing something that had begun much earlier, in another time, perhaps in another life. In his presence, I felt light, real, seen. As if some invisible thread connected our energies.
Is it possible that souls truly recognize each other? That a soulmate exists?
I don't know where all this is heading, but I feel a new chapter opening up before me. An old cycle has closed quietly, without regret. And I finally look to the future with hope—so soft, so bright,
so full of promise.
Maybe this is the beginning of something I will finally build from a place of strength, not fear. Maybe it's love, goodness, growth. Maybe it's the right one. Or maybe it's just... finally me, ready for a new start, for the true love I'venever experienced...
Ten rok był dla mnie istnym rollercoasterem. Miałam wrażenie, że życie raz pcha mnie w przód z zawrotną prędkością, a raz
zatrzymuje tak gwałtownie, że aż brak mi tchu. Doświadczenia spadały na mnie jak fale – jedne łagodne, inne burzliwe – a ja
próbowałam utrzymać się na powierzchni, nie tracąc siebie po drodze. Były chwile pełne śmiechu, spontaniczności i
poczucia, że mogę wszystko. A zaraz po nich następowały te, które zmuszały mnie do zatrzymania, spojrzenia w głąb siebie i
zmierzenia się z tym, przed czym uciekałam od dawna. Uczyłam się, jak to jest być dla siebie ważną, nie godzić się na mniej i
słuchać własnego głosu, nawet gdy drżał. Każda trudność zostawiała we mnie ślad. Niektóre boleśnie przypominały o tym, co
straciłam, inne okazały się lekcjami, których nie chciałam, ale których potrzebowałam. Dopiero z czasem zaczęłam widzieć, że cały
ten chaos prowadził mnie gdzieś dalej, głębiej — do samej siebie. A jednak pod koniec tego szalonego roku wydarzyło się coś, co delikatnie poruszyło moją duszę. Spotkałam kogoś, kto pojawił się bez zapowiedzi, a jednak od pierwszej chwili
wydawał się znajomy. Kogoś, przy kim moje serce uspokajało się w sposób, którego
dawno nie doświadczyłam. Nasze rozmowy płynęły naturalnie, jakbyśmy kontynuowali coś, co zaczęło się dużo
wcześniej, w innym czasie, może w innym życiu. W jego obecności czułam się lekka, prawdziwa, widziana. Jakby jakaś
niewidzialna nić połączyła nasze energie. Czy to możliwe, że dusze naprawdę się
rozpoznają? Że istnieje soulmate? Nie wiem, dokąd to wszystko zmierza, ale czuję, że przede mną otwiera się nowy rozdział. Stary cykl domknął się we mnie cicho, bez żalu. A ja wreszcie patrzę w przyszłość z nadzieją — taką miękką, jasną, pełną obietnic.
Może to początek czegoś, co wreszcie zbuduję z miejsca siły, a nie strachu. Może to miłość, dobro, wzrost. Może to ten właściwy.
A może po prostu… to wreszcie ja, gotowa na nowy start, na prawdziwą miłość, którejnigdy nie doświadczyłam...
Agnieszka
Add comment
Comments