I don’t know if it’s possible to live several lives in one. Sometimes I think my first one began with a camera.
I was just over twenty when I first stood in front of a television camera. It was the early 1990s. Local television was something new back then something a bit extraordinary. There was no internet, no camera phones, and no social media. There was just a person, a camera, a microphone, and a viewer on the other side. I became a presenter for a local TV station. That was where I learned that behind every piece of news, there is a human being. That even a story about the city could be someone’s personal story someone’s problem, joy, hope, or disappointment. Television taught me how to really see. Later came radio. In radio, there were no visuals only the voice remained. And suddenly, I discovered that a voice, too, could convey a person, a place, an event, or an emotion. I worked in radio including at Radio Eska in Zielona Góra and later, my voice was heard on Polskie Radio Lublin. But even before I fully entered the world of media, I was always interested in people. I studied social pedagogy and volunteered at a hospice in Zielona Góra. That experience taught me something you can’t learn from books: true listening. In a hospice, a person ceases to be defined by a profession, a job title, or a surname. They simply remain a human being. Perhaps that was when I realized that what interested me most wasn't the events themselves, but the people living through them. Later, I found myself at the Ethnographic Museum in Ochla, working as a documentalist. Documenting. That word has always been close to my heart. Documenting is not merely about recording things. It is the ability to notice something that might seem ordinary to others. A face. An object. A story. A custom. A place. Someone’s memory. Working in a museum, I felt increasingly that everything eventually becomes history. We do, too. Then there were the women and their stories. The "Babska Agencja Rozwoju" (Women’s Development Agency) association. Meetings, conversations, ideas, passions. Women who wanted to create something, to change something, or sometimes simply to be heard. And I found myself increasingly in need of words. I began to write. Poems. Songs. Scripts. Stories that sometimes arrived suddenly, as if someone were opening the door to a room I hadn’t known existed before.
In 2000, the musical "…bo musical to życie" (…because the musical is life) appeared. Later came the volume "Na szpilkach"(In High Heels). There were more texts, meetings, and stage productions. And then "Dwoje na kanapie" ("Two on the Couch"). A love story. I wrote and directed it. A production was created in Głogów that brought together words, music, actors, and the audience. Before the premiere, the same question always arises: Will the audience see what I saw when I was writing it? There is no answer to that. Not until silence falls over the auditorium.
And then life wrote its own script. Northern Ireland. Belfast. A new country, a new language, new places. And that unique state of the émigré when suddenly one’s own story begins to span two countries. Yet, I never stopped telling stories. Perhaps it was quite the opposite. "The Emigrant’s Diary" appeared, and I became its narrator. There was a voice again the very same one that had once been my tool in television and radio. Only the story was different now. When you change countries, you view the place you left behind in a new light. Suddenly, seemingly ordinary things take on importance. Language. Scents. People. Memory. Everything that once seemed a given. And then, "Two on the Couch" came back to me. Years later. This time in Belfast. In English. I looked at that story and felt it had made a longer journey than I had. Głogów. Zielona Góra. Lublin. Warsaw. Belfast. Two languages. Different places. Yet, at its core, it remained the same tale about intimacy, love, misunderstanding, and two people sitting side by side. Perhaps that is the essence of writing. A story we once created can return years later to tell us something we didn't yet understand at the time. Today, I continue to write. About love. About life. About women. About loneliness. About what we lose and what we try to reclaim. About how a person can have many names and play many roles, yet remain true to themselves throughout their life.
I was a presenter. A journalist. A documentarian. A voice-over artist. A screenwriter. A director. A writer. A poet. A narrator. But none of these words tells the whole story of who I am. If I had to choose just one, I think I would choose a different one. A storyteller. I have always collected stories. Some I write down. Some I speak aloud. Some stay within me. And some, after many years, return. Just like people. Just like places. Just like words. Just like love.
Nie wiem, czy można przeżyć kilka żyć w jednym. Czasami myślę, że moje pierwsze zaczęło się od kamery. Miałam niewiele ponad dwadzieścia lat, kiedy stanęłam przed telewizyjną kamerą. Były początki lat dziewięćdziesiątych. Telewizja lokalna była wtedy czymś nowym, trochę niezwykłym. Nie było internetu, telefonów z aparatami ani mediów społecznościowych. Był człowiek, kamera, mikrofon i widz po drugiej stronie. Zostałam prezenterką lokalnej Telewizji. To właśnie tam nauczyłam się, że za każdą informacją stoi człowiek. Że nawet wiadomość o mieście może być czyjąś historią. Czyimś problemem, radością, nadzieją albo rozczarowaniem. Telewizja nauczyła mnie patrzeć. Później przyszedł czas na radio. W radiu nie było już obrazu. Został tylko głos. I nagle okazało się, że głosem również można opowiedzieć człowieka, miejsce, wydarzenie, emocję. Pracowałam przy radiu, także w Radiu Eska w Zielonej Górze, a później mój głos zabrzmiał również w Polskim Radiu Lublin. Ale zanim na dobre weszłam w świat mediów, zawsze interesował mnie człowiek. Studiowałam pedagogikę socjalną. Byłam wolontariuszką w zielonogórskim hospicjum. To doświadczenie nauczyło mnie czegoś, czego nie da się nauczyć z książek - prawdziwego słuchania. W hospicjum człowiek przestaje być zawodem, stanowiskiem, nazwiskiem. Zostaje człowiekiem. Może właśnie wtedy zrozumiałam, że najbardziej interesują mnie nie wydarzenia, ale ludzie, którzy je przeżywają. Później trafiłam do Muzeum Etnograficznego w Ochli. Pracowałam jako dokumentalistka. Dokumentowa. To słowo zawsze było mi bliskie. Dokumentowanie to przecież nie tylko zapisywanie. To umiejętność zauważenia czegoś, co dla innych może wydawać się zwyczajne. Twarzy. Przedmiotu. Opowieści. Zwyczaju. Miejsca. Czyjegoś wspomnienia. Pracując w muzeum, coraz mocniej czułam, że wszystko kiedyś staje się historią. Także my. Były też kobiety i ich historie. Stowarzyszenie Kobiet „Babska Agencja Rozwoju”. Spotkania, rozmowy, pomysły, pasje. Kobiety, które chciały coś stworzyć, coś zmienić, czasem po prostu zostać usłyszane. A ja coraz bardziej potrzebowałam słów. Zaczęłam pisać. Wiersze. Piosenki. Scenariusze. Historie, które czasem przychodziły nagle, jakby ktoś uchylał drzwi do pokoju, którego wcześniej nie znałam.
W 2000 roku pojawił się musical „…bo musical to życie”. Później tom „Na szpilkach”. Były kolejne teksty, spotkania i sceny. A potem „Dwoje na kanapie”. Historia pewnej miłości. Napisałam ją i wyreżyserowałam. W Głogowie powstał spektakl, który połączył słowo, muzykę, aktorów i publiczność. Przed premierą zawsze pojawia się to samo pytanie: Czy publiczność zobaczy to, co ja widziałam, kiedy pisałam? Nie ma na nie odpowiedzi. Dopóki nie zapadnie cisza na widowni.
A potem życie napisało własny scenariusz. Irlandia Północna. Belfast. Nowy kraj, nowy język, nowe miejsca. I ten szczególny stan emigranta - kiedy nagle własna historia zaczyna mieć dwa kraje. Nie przestałam jednak opowiadać. Może nawet przeciwnie. Pojawił się „Pamiętnik emigranta”, w którym zostałam narratorką. Znowu był głos. Ten sam, który kiedyś był moim narzędziem w telewizji i radiu. Tylko historia była już inna. Kiedy człowiek zmienia kraj, inaczej patrzy na miejsce, z którego przyjechał. Nagle rzeczy pozornie zwyczajne stają się ważne. Język. Zapachy. Ludzie. Pamięć. Wszystko, co wcześniej było oczywiste. A potem „Dwoje na kanapie” wróciło do mnie. Po latach. Tym razem w Belfaście. Po angielsku. Patrzyłam na tę historię i miałam wrażenie, że odbyła dłuższą podróż niż ja. Głogów. Zielona Góra. Lublin. Warszawa. Belfast. Dwa języki. Różne miejsca. A przecież w środku wciąż była ta sama opowieść - o bliskości, miłości, nieporozumieniu i dwojgu ludzi siedzących obok siebie. Może właśnie na tym polega pisanie. Historia, którą stworzyliśmy kiedyś, potrafi po latach wrócić i powiedzieć nam coś, czego wtedy jeszcze nie rozumieliśmy. Dzisiaj piszę dalej. O miłości. O życiu. O kobietach. O samotności.O tym, co tracimy i co próbujemy odzyskać. O tym, że człowiek może mieć wiele imion i wiele ról, a jednak przez całe życie pozostać sobą.
Byłam prezenterką. Dziennikarką. Dokumentalistką. Lektorką. Scenarzystką. Reżyserką. Pisarką. Poetką. Narratorką. Ale żadne z tych słów nie mówi o mnie wszystkiego.
Gdybym miała wybrać jedno, chyba wybrałabym inne. Opowiadaczka.Od zawsze zbieram historie. Niektóre zapisuję. Niektóre wypowiadam. Niektóre zostają we mnie. A niektóre, po wielu latach, wracają. Tak jak ludzie.Tak jak miejsca. Tak jak słowa.Tak jak miłość.
Agnieszka
Add comment
Comments