I remember this place

Published on 10 June 2026 at 18:13

I remember this place, though I can't describe it in human words. There was no time or space there, and yet everything seemed more real than anything I later experienced on Earth. I was a soul among other souls. Conscious, calm, and full of understanding.
I knew then that another journey lay ahead of me.
I reviewed the possibilities like a traveler examining maps of unknown lands. I could have chosen a gentler, more predictable path. I could also have chosen a steep path, full of twists, questions, and experiences that would require courage.
I'm not one of the most evolved souls. I feel it. Some come here with tasks whose burden I can't even imagine. But I'm not at the beginning of the journey either. I'm somewhere in between. In a place where I already understand that growth requires effort, though I still can't always accept that effort with humility.
So I chose the body.
I remember the moment when I looked at it from the soul's perspective. I knew it would have its limitations, weaknesses, and fears. I knew it would sometimes become a source of frustration for me. That I wouldn't always feel at home there. And yet, I said yes.

Then I chose family.

Not because it was supposed to be perfect. Precisely because it wasn't. Every soul that crossed my path agreed to play a specific role. Some were meant to support me. Others were meant to hurt me. Some stayed with me for years, others only for a short while. Every encounter had meaning, even if for a long time I couldn't see it.

And then came birth.

I forgot.

Just as we all forget.

And life began.

It wasn't easy. I often rebelled against what I had once chosen. I looked at my mistakes and wondered why I couldn't be better, wiser, more consistent. More than once, I felt disappointed in myself.

There were days when my heart said one thing, my mind another, and my spirit seemed silent. Days when I felt like I was standing still, even though I so desperately wanted to move forward.
There are many things I would like to change. Many lessons I haven't learned yet. Many wounds still waiting to be healed.
But I don't give up.
Perhaps because somewhere deep within me, the memory of that decision still lives. The memory of a soul that knew that growth doesn't come through perfection, but through trials. Through repeated falls and comebacks.
So I've learned to find meaning even in my failures. To ask questions instead of passing judgment. To look at myself not only through the eyes of a harsh judge, but also through the eyes of a patient teacher.
Today, however, I stand at a turning point.
I feel it very clearly.
I don't yet know where the next section of the road leads. I see only fog. I feel tired from constantly demanding more and more of myself. I feel the weight of my own expectations.
And perhaps that's why the most important lesson right now isn't action.
Perhaps the most important lesson is gentleness.
To sit by the road for a moment. To stop rushing myself. To stop reminding myself of everything I still don't know how to do. To look at myself with the tenderness I so easily bestow upon others, but so rarely upon myself.
It's not easy.
Perhaps this is one of the hardest lessons I've chosen for myself.
But when I close my eyes, sometimes I think I hear the quiet voice of my soul.
It tells me:
"You didn't come here to be perfect. You came to learn. And every road, even the bumpiest one, leads you exactly where you need to be."

Then I breathe deeply.
And take another step.

 

 

Pamiętam to miejsce, choć nie potrafię go opisać ludzkimi słowami. Nie było tam czasu ani przestrzeni, a jednak wszystko wydawało się prawdziwsze niż cokolwiek, czego doświadczyłam później na Ziemi. Byłam duszą pośród innych dusz. Świadoma, spokojna, pełna zrozumienia.

Wiedziałam wtedy, że przede mną kolejna podróż.

Przeglądałam możliwości niczym wędrowiec oglądający mapy nieznanych krain. Mogłam wybrać drogę łagodniejszą, bardziej przewidywalną. Mogłam też zdecydować się na ścieżkę stromą, pełną zakrętów, pytań i doświadczeń, które będą wymagały ode mnie odwagi.

Nie należę do dusz najbardziej rozwiniętych. Czuję to. Są takie, które przychodzą tutaj z zadaniami, których ciężaru nawet nie potrafię sobie wyobrazić. Ale nie jestem też na początku drogi. Jestem gdzieś pośrodku. W miejscu, gdzie już rozumiem, że wzrost wymaga wysiłku, choć wciąż nie zawsze potrafię ten wysiłek przyjąć z pokorą.

Wybrałam więc ciało.

Pamiętam chwilę, gdy patrzyłam na nie z perspektywy duszy. Wiedziałam, że będzie miało swoje ograniczenia, słabości i lęki. Wiedziałam, że czasami stanie się dla mnie źródłem frustracji. Że nie zawsze będę czuła się w nim jak w domu. A mimo to powiedziałam „tak”.

Potem wybrałam rodzinę.

Nie dlatego, że miała być idealna. Właśnie dlatego, że nie była. Każda dusza, która miała pojawić się na mojej drodze, zgodziła się odegrać określoną rolę. Jedni mieli mnie wspierać. Inni ranić. Niektórzy zostali ze mną na lata, inni jedynie na krótką chwilę. Każde spotkanie miało znaczenie, nawet jeśli przez długi czas nie potrafiłam tego dostrzec.

A później przyszły narodziny.

Zapomniałam.

Tak jak zapominamy wszyscy.

I zaczęło się życie.

Nie było łatwe. Często buntowałam się przeciwko temu, co sama kiedyś wybrałam. Patrzyłam na swoje błędy i zastanawiałam się, dlaczego nie potrafię być lepsza, mądrzejsza, bardziej konsekwentna. Niejeden raz czułam rozczarowanie samą sobą.

Bywały dni, kiedy moje serce mówiło jedno, rozum drugie, a duch zdawał się milczeć. Dni, kiedy miałam wrażenie, że stoję w miejscu, choć tak bardzo chciałam iść naprzód.

Jest wiele rzeczy, które chciałabym zmienić. Wiele lekcji, których jeszcze nie odrobiłam. Wiele ran, które wciąż czekają na uzdrowienie.

Ale nie załamuję się.

Może dlatego, że gdzieś głęboko we mnie wciąż żyje pamięć tamtej decyzji. Pamięć duszy, która wiedziała, że wzrost nie przychodzi przez doskonałość, lecz przez próby. Przez kolejne upadki i powroty do siebie.

Nauczyłam się więc szukać znaczenia nawet w swoich porażkach. Zadawać pytania zamiast wydawać wyroki. Patrzeć na siebie nie tylko oczami surowego sędziego, ale także cierpliwego nauczyciela.

Dziś jednak stoję na zakręcie.

Czuję to bardzo wyraźnie.

Nie wiem jeszcze, dokąd prowadzi następny odcinek drogi. Widzę jedynie mgłę. Czuję zmęczenie ciągłym wymaganiem od siebie więcej i więcej. Czuję ciężar własnych oczekiwań.

I może właśnie dlatego najważniejszą lekcją nie jest teraz działanie.

Może najważniejszą lekcją jest łagodność.

Usiąść na chwilę przy drodze. Przestać się poganiać. Przestać wypominać sobie wszystko, czego jeszcze nie umiem. Spojrzeć na siebie z czułością, jaką tak łatwo obdarzam innych, a tak rzadko samą siebie.

To nie jest proste.

Być może jest to jedna z najtrudniejszych lekcji, jakie sobie wybrałam.

Ale kiedy zamykam oczy, czasami wydaje mi się, że słyszę cichy głos swojej duszy.

Mówi mi wtedy:

„Nie przyszłaś tutaj po to, by być doskonała. Przyszłaś po to, by się uczyć. A każda droga, nawet ta najbardziej wyboista, prowadzi cię dokładnie tam, gdzie powinnaś być.”

Wtedy oddycham głębiej.

I robię kolejny krok.

 

Agnieszka

Add comment

Comments

There are no comments yet.

Create Your Own Website With Webador