Today I'd like to say that I'm closer to myself. Simply, calmly closer- as if without rushing, without the need to prove anything. I like myself more and more. With each passing day, a little stronger, a little more confident, as if I were learning my own name all over again.
I'm more accepting. For my shadows and for my light. I no longer run so quickly from what's uncomfortable. I can stay. Listen. See.
I listen more carefully to myself - to those quiet whispers somewhere beneath the surface that were once drowned out by fear. I'm more present. More attentive. As if I were finally truly present in my own life, not just somewhere nearby, in a constant "soon," "someday," "if."
I also feel more sensitive - but it's no longer a burden. It's a gentleness that guides me. More tender toward myself, toward others, toward the world. Open, even though until recently I thought being closed off offered security.
This "more" is closer to me today than that time when I was full of anxiety. When I was searching for myself outside myself - in the eyes of others, in their words, in their decisions. As if I were trying to find my home in places that never were.
And now… the world around me seems to be softening. Truly. Not because everything has changed - but because I see things differently. I see more light. More colors. I see myself in these colors.
And I feel - calmly, without grand declarations - that I'm heading in the right direction. That I'm exactly where I should be.
Closer to myself. Today I also feel that life is a miracle. A subtle, delicate one - one that doesn't shout, doesn't demand attention, and yet is everywhere. In the breath, in the silence, in the small moments in between. And I'm learning to notice it. I'm learning to feel it.
Dziś chciałabym powiedzieć, że jestem bliżej siebie. Tak zwyczajnie, spokojnie bliżej - jakby bez pośpiechu, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Coraz bardziej siebie lubię. Z każdym dniem trochę mocniej, trochę pewniej, jakbym uczyła się swojego własnego imienia od nowa.
Jestem bardziej akceptująca. Dla swoich cieni i dla swojego światła. Nie uciekam już tak szybko od tego, co niewygodne. Potrafię zostać. Posłuchać. Zobaczyć.
Słucham siebie uważniej - tych cichych szeptów gdzieś pod powierzchnią, które kiedyś zagłuszał lęk. Jestem bardziej obecna. Bardziej uważna. Jakbym w końcu naprawdę była w swoim życiu, a nie tylko gdzieś obok, w ciągłym „zaraz”, „kiedyś”, „jeśli”.
Czuję też, że jestem bardziej wrażliwa - ale to już nie jest ciężar. To delikatność, która mnie prowadzi. Bardziej czuła dla siebie, dla innych, dla świata. Otwarta, choć jeszcze niedawno wydawało mi się, że zamknięcie daje bezpieczeństwo.
To „bardziej” jest mi dziś bliższe niż tamten czas, kiedy byłam pełna niepokojów. Kiedy szukałam siebie na zewnątrz - w oczach innych, w ich słowach, w ich decyzjach. Jakbym próbowała odnaleźć swój dom w miejscach, które nigdy nim nie były.
A teraz… świat wokół mnie jakby łagodnieje. Naprawdę. Nie dlatego, że wszystko się zmieniło - tylko dlatego, że ja patrzę inaczej. Widzę więcej światła. Więcej kolorów. Widzę siebie w tych kolorach.
I czuję - spokojnie, bez wielkich deklaracji - że podążam we właściwym kierunku. Że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.
Bliżej siebie.
Dziś czuję też, że życie jest cudem. Takim subtelnym, delikatnym - które nie krzyczy, nie domaga się uwagi, a jednak jest wszędzie. W oddechu, w ciszy, w drobnych momentach pomiędzy. I uczę się je dostrzegać. Uczę się je czuć.
Agnieszka
Add comment
Comments