There's a tension inside me

Published on 18 March 2026 at 20:53

There's a tension inside me, as if every cell is ready to fight or flee, though I don't know from what exactly. I feel an injustice—quiet, sticky, settling on my skin like a fog. The kind that can't be easily washed away.

I'm in survival mode.

My breathing is shallower. My movements are slower, as if my body is trying to conserve energy for something more important—something that might come. My thoughts are circling, returning to the same places, to the same sentences: "It shouldn't be like this," "This isn't right," "Why me again?" And though I try to stop them, they only intensify.

But today I'm not running away.

I allow myself to feel. It's not pretty or comfortable. It's not something I'd like to brag about. But it's real. I feel anger quivering somewhere beneath my breastbone. I feel sadness, heavy and sticky, as if someone had poured it inside and forgotten to drain it. I feel tired—not just physically, but the kind that settles deep within me.

And there's something else inside me, too.

A silent acceptance.

Not of what happened—but of the fact that today is just such a day. That today I don't have to be strong in the way everyone admires. Today, my strength lies in staying. That I don't run away from myself. That I allow myself to be in what's difficult.

I wrap myself in a blanket, as if to create a small, safe world for myself. I limit everything to a minimum—fewer stimuli, fewer words, fewer expectations. Today, the most important thing is that it hurts less. Not to understand everything. Not to fix it. Just to get through this day a little more gently.

I breathe deeper.

Slowly.

One more breath. And one more.

Maybe tomorrow will be different. Maybe not. But today I'm here. I feel it. And that's enough.

 

 

Jest we mnie napięcie, jakby każda komórka była gotowa do walki albo ucieczki, choć nie wiem dokładnie przed czym. Czuję niesprawiedliwość — cichą, lepką, osiadającą na skórze jak mgła. Taką, której nie da się łatwo zmyć.

Jestem w trybie przetrwania.

Oddycham płycej. Ruchy mam wolniejsze, jakby ciało chciało oszczędzać energię na coś ważniejszego — coś, co może nadejść. Myśli krążą w kółko, wracają do tych samych miejsc, do tych samych zdań: „to nie powinno tak wyglądać”, „to nie jest w porządku”, „dlaczego znowu ja?”. I choć próbuję je zatrzymać, one tylko przybierają na sile.

Dziś jednak nie uciekam.

Pozwalam sobie czuć. To nie jest ładne ani wygodne. To nie jest coś, czym chciałabym się chwalić. Ale jest prawdziwe. Czuję złość, która drży gdzieś pod mostkiem. Czuję smutek, ciężki i lepki, jakby ktoś wlał go do środka i zapomniał o odpływie. Czuję zmęczenie — nie tylko fizyczne, ale takie, które osiada głęboko w duszy.

I jest też we mnie coś jeszcze.

Cicha zgoda.

Nie na to, co się wydarzyło — ale na to, że dziś jest właśnie taki dzień. Że dziś nie muszę być silna w ten sposób, który wszyscy podziwiają. Dziś moja siła polega na tym, że zostaję. Że nie uciekam od siebie. Że pozwalam sobie być w tym, co trudne.

Zawijam się w koc, jakbym chciała stworzyć sobie mały, bezpieczny świat. Ograniczam wszystko do minimum — mniej bodźców, mniej słów, mniej oczekiwań. Dziś najważniejsze jest, żeby mniej bolało. Nie żeby zrozumieć wszystko. Nie żeby naprawić. Tylko żeby przetrwać ten dzień trochę łagodniej.

Oddycham głębiej.

Powoli.

Jeszcze jeden wdech. I jeszcze jeden.

Może jutro będzie inaczej. Może nie. Ale dziś jestem tu. Czuję. I to wystarczy.

 

Agnieszka

Add comment

Comments

There are no comments yet.

Create Your Own Website With Webador