Meeting a new person

Published on 31 January 2026 at 19:01

Meeting a new person can be compared to opening a new book. When I lift the cover, I don't yet know if I'm holding an adventure novel, a quiet essay, or a story that will leave a mark on me for years to come. There's only curiosity- a slight shiver, the same one I feel when my fingers touch the first page.
At first, I read carefully. I collect individual sentences: a passing smile, the way someone says my name, the brief pauses between words. Each one sounds like a hint of something bigger, but it doesn't yet reveal the plot. I turn the pages slowly, knowing that rushing can ruin even the best-written story.
Over time, the paragraphs become longer. Memories emerge, small weaknesses emerge, laughter sometimes at inappropriate moments. I begin to recognize the style-I already know this isn't a simple narrative. There are twists and turns, sentences I return to in my mind, and passages I mark in the margins.
Not every page is easy. Sometimes I come across a chapter that makes me uneasy, or a metaphor I don't immediately understand. But that's when I truly feel like I'm reading. That it's not a brochure to quickly skim through, but a book that demands my attention and presence.
My favorite moment is when I forget I'm even reading. When the story captivates me so much that I stop analyzing and simply immerse myself in the dialogue, in the silences between the lines, in the unsaid lines. Then I know this journey into the unknown has meaning.
And even if I ever close this book, something from it will stay with me forever. One sentence. One scene. Or the knowledge that I dared to open the cover and allow myself to be led where I haven't been before.

 

Poznawanie nowego człowieka można porównać z otwieraniem nowej książki. Kiedy unoszę okładkę, jeszcze nie wiem, czy trzymam w rękach powieść przygodową, spokojny esej czy historię, która zostawi we mnie ślad na lata. Jest tylko ciekawość, lekki dreszcz, ten sam, który czuję, gdy palcami dotykam pierwszej strony.
Na początku czytam ostrożnie. Zbieram pojedyncze zdania: uśmiech rzucony mimochodem, sposób, w jaki mówi moje imię, krótkie pauzy między słowami. Każde z nich brzmi jak zapowiedź czegoś większego, ale jeszcze nie zdradza fabuły. Przewracam kartki powoli, bo wiem, że pośpiech potrafi zepsuć sens nawet najlepiej napisanej historii.
Z czasem akapity stają się dłuższe. Pojawiają się wspomnienia, drobne słabości, śmiech nie zawsze w odpowiednich momentach. Zaczynam rozpoznawać styl - już wiem, że to nie jest prosta narracja. Są zwroty akcji, zdania, do których wracam myślami, i fragmenty, które zaznaczam w sobie na marginesie.
Nie każda strona jest łatwa. Czasem trafiam na rozdział, który budzi niepokój, albo metaforę, której nie rozumiem od razu. Ale właśnie wtedy czuję, że czytam naprawdę. Że to nie broszura do szybkiego przejrzenia, tylko książka, która wymaga uwagi i obecności.
Najbardziej lubię moment, w którym zapominam, że w ogóle czytam. Kiedy historia wciąga mnie tak bardzo, że przestaję analizować, a zaczynam po prostu być w dialogu, w ciszy między wersami, w niedopowiedzeniach. Wtedy wiem, że ta podróż w nieznane ma sens.
I nawet jeśli kiedyś zamknę tę książkę, coś z niej zostanie we mnie na zawsze. Jedno zdanie. Jedna scena. Albo świadomość, że odważyłam się otworzyć okładkę i dać się poprowadzić tam, gdzie wcześniej nie byłam.

 

Agnieszka

 

 

Add comment

Comments

There are no comments yet.

Create Your Own Website With Webador